rageman.pl
Muzyka

Yelawolf – Trunk Muzik Returns

00-cover trunkrok wydania: 2013

wydawca: DIY

pobierz album

 

Przypomnieliśmy sobie wczoraj o Prynce, czas by zobaczyć co u innego Młodego Wilka (ok, już nie tak młodego, chodzi bardziej o punkt kariery) rapu, Yelawolfa.

„Trunk Muzik Returns” w przeciągu kilku miesięcy od premiery już rozpętał burzę dyskusji w Sieci, czy mamy wreszcie do czynienia z dziełem dorównującym wysoko ocenianemu „Trunk Muzik”. Rozważania bezcelowe – ten mixtape wciąga materiał sprzed trzech lat nosem i nawet nie powiem czym się go pozbywa.

A przecież tamto wydawnictwo było rzeczywiście całkiem udane, różnorodne, wciągające. Zarazem jednak całkowicie mieściło się w ramach wyznaczonych przez rapowy mainstream, nie tak ścisłe jak chciałby je widzieć postronny słuchacz. „Trunk Muzik Returns” to coś znacznie więcej. Czym przecież nie można być zaskoczonym, biorąc pod uwagę listę dotychczasowych kolaborantów 'Wolfa, z Edem Sheeranem na czele. A jednak jest to pewna rewolucja w dyskografii podopiecznego Eminema. A od rewolucji tylko krok od rewelacji.

Gdy dźwięki otwierającego stawkę „Fire Startera” z chrupiącą, nastrojową elektroniką momentalnie przypomniały mi o trip hopie uznałem, że te moje głupie skojarzenia zawstydzają już nawet mnie samego. Ale kolejne minuty pokazały że jednak nie, że się nie przesłyszałem. Nawet jeśli rytmika tego utworu ma więcej wspólnego z ekhm dubstepem, to i tak mówimy wciąż o utworze zupełnie niepodobnym do czegokolwiek z dotychczasowej twórczości autora „Radioactive”. A, jak się okazuje, to tylko początek całej ferii hip hopowych eksperymentów, wystawiających na próbę statystycznego fana amerykańskiego rapu. Bo target mimo wszystko tak radykalnie się nie zmienił – wspólnej trasy z raperami z Anticonu nie ma co oczekiwać. Zdecydowanie jednak słychać tu akces do mistycznego swagerskiego kręgu, wrażenie które jest potęgowane także przez nowe fotki promocyjne Yelawolfa. Udział ASAP Rocky’ego w „Gangsterze” stawia tylko kropkę nad i, choć o wiele fajniejszą zwrotkę nawinął w tym utworze Big Henry.

Uwielbiam taki ból głowy wywołany problemem wynikającym z trudnością wyboru najlepszego utworu. „F.A.S.T. Ride”, w którym, jakby w nawiązaniu do tytułu, obłędna nawijka Yelawolfa ściga się w zwrotkach z goniącym ją „piekielnym” kotłem? „My Box Chevy 4”, którego loop perkusyjny ma coś z drum’n’bassowego obłędu? A może „Catfish Billy” z rozkrzyczanym rapem, który także za sprawą podkładu buduje horrorcore’owy klimat (skojarzenie z Eminemem też słuszne)? Zaskakująco tradycyjny, wciąż jednak świetny „Ryhme Room” z udziałem Reakwona i Killer Mike’a? „Tennessee Love”, który urzecze każdego, kto nie ma nic przeciwko balladowym śpiewom w rapie? Konkurencja jest tu naprawdę nielicha. A przy tym wszystkim warte odnotowania są dwie rzeczy. Raz, często muzyka spycha rap 'wolfa na drugi plan, a nawet i dalszy – sporo tu fragmentów stricte instrumentalnych. Dwa, wszystko mieści się w idealnej objętości 44-minutowej, tak by nawet konserwatywni fani nie mieli czasu się dostatecznie zirytować.

Jak to się mówi w środowisku Indian, z którego Yelawolf się wywodzi – mega propsy, howgh!

 

najlepszy moment: FIRESTARTER

ocena: 8/10

Leave a Reply