One Man Army – Co-Operations Vol. 1
wydawca: –
Zawsze miło wrócić do polskich rapów, którym zdecydowanie za mało miejsca tu poświęcamy.
No, w przypadku One Man Army sprawa nie jest tak oczywista. One Man Army, w cywilu Paweł Sztrajt, fanom rapu nad Wisłą dał się objawić głównie jako członek kolektywu K.A.S.T.A., a także z featuringów u Trzeciego Wymiary czy też Kodexów. Nazwy dość pierwszoligowe, dlaczego więc nie widać jego produkcji na listach OLISu, na których ostatnimi czasy rządzą i dzielą polscy raperzy, nawet ci siedzący w grze od wczoraj?
Cóż, najłatwiej byłoby zrzucić winę na fakt, iż OMA uparł się na posługiwanie się wyłącznie językiem angielskim. Nie ma co ukrywać, iż w kraju, w którym 9 na 10 słuchaczy rapu ogranicza się do polskiego rapu, a ten dziesiąty z amerykańskiego nurtu ogarnia tylko dyskografię Jay-Z i Lil’ Wayne’a, decyzja podjęta przez Pawła to komercyjny strzał w kolano. I nawet fakt perfekcyjnego akcentu każącego przypuszczać, iż to właśnie język Szekspira jest jego native language, nie jest w stanie tego zmienić. Być może kłopot także w obranym języku muzyki. Undergroundowym, czysto hiphopowym, truskulowym praktycznie.
Choć nie, to akurat nie problem. Akurat Polska dzielnie się broni przed atakami pop-rapowych mutantów ze Zgniłego Zachodu i to się jak najbardziej powinno cenić, że najpopularniejszymi raperami wciąż są Pezet i O.S.T.R., a nie Mezo czy, nie daj Boże, Pikej. Jednak nawet autorzy „Seniority” i „Kochanej Polski” nie są tak radykalni w swej postawie co One Man Army. Tu nie ma żadnych r’n’b refrenów, wpływ jamajskiego soundu jest śladowy, a i przy doborze gości – skądinąd licznych (i także rymujących prawie wyłącznie po angielsku) – nikt nie kierował się słupkami sprzedaży. Zresztą, o jakich słupkach sprzedaży mówimy w kontekście albumu rozprowadzanego za free w Sieci?
Nawet jeśli produkcja jest jak najbardziej współczesna i na miarę możliwości oferowanych przez dzisiejsze studia nagraniowe i programy do klejenia bitów, tak inspiracji za nią stojącą należałoby szukać w podręcznikach do hi(p)storii. Przede wszystkim w rozdziale poświęconym Wu-Tang Clanowi. One Man Army, jak sama ksywa wskazuje, teoretycznie działa sam, ale biorąc pod uwagę mocno kolaboracyjny charakter wydawnictwa rzeczywiście mają te numery sporo z tygla szalonych nawijek Metha i spółki. Również otoczka tematyczna, inspirowana Shaolinem, Orientem i tym podobnymi zagadnieniami, zupełnie egzotycznymi dla zjadacza polskiego chleba, narzuca wyraźne skojarzenie. Jest to jednak nawiązanie jak najbardziej świadome i, rzec można, oficjalne, o czym świadczy „Wu-Disciples”, stanowiący laurkę dla twórców „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)”. By jednak nie ograniczać OMA do tej jednej nazwy – kiedy wchodzą sample typu mariachi jak w „Battle Masters” w pamięci staje obraz Cyprusowego Wzgórza, a w agresywniejszych momentach („Old Methods”) – hardkor ulic Nowego Jorku. Inna sprawa, że równie dobrze to zdyscyplinowanie muzyczne może kojarzyć się z wrocławskim klimatem, gdzie też nie zwykło się cackać z bitem, twardo wykładając rapową kawę na ławę.
Monolityczny charakter całości i piekielnie równy poziom tych piętnastu tracków może budzić szacunek. Hipokryzją jednak byłoby dissować omawiane tutaj rapowe produkcje za trzymanie się sztywnych ram i chwalenie „Co-Operations” czyniącego właściwie to samo, tyle że z bardziej mi odpowiadającymi ramami. Na mnie album, w dobie tych wszystkich trapów i swagów, podziałał jak powiew świeżego powietrza, przypominający o co w tym gatunku chodzi.
najlepszy moment: DARK BREED
ocena: 7/10
![One Man Army - Co Operations Vol. 1 [FRONT]](http://www.rageman.pl/wp-content/uploads/2013/06/One-Man-Army-Co-Operations-Vol.-1-FRONT.jpg)