rageman.pl
Muzyka

Muniek – Muniek

muniek-b-iext3788147rok wydania: 2010

wydawca: Sony Music

 

Lubię Zygmunta Staszczyka, znanego tu i ówdzie jako Muniek. Twórczość T.Love znam o tyle o ile, natomiast podziwiam to, w jaki sposób lider zespołu, bądź co bądź wyrosłego z punkowo-jarocinowego korzenia, odnalazł się z nim w kapitalistycznych realiach III RP. Sukces komercyjny nie okupiony zgniłymi kompromisami(choć dopuszczam do siebie myśl, że ktoś może mieć zgoła odmienną opinię), przynajmniej nie takimi, które można wyczuć w samej muzyce. Inna sprawa, że obrana przez T.Love stylistyka pozwalała na większe eksperymenty stylistyczne niźli w przypadku Dezertera czy nawet Kultu (którym też finansowo raczej źle się nie wiedzie). Dlatego nawet „Chłopaki Nie Płaczą”, nawet jeśli nie każdemu musiały przypaść do gustu, ciężko uznać za jakiś jawny dowód w sprawie „sprzedania się T.Love”.

Szanuję T.Love i Muńka w szczególności także za to, że jako jeden z niewielu zespołów/muzyków rockowych w tym kraju sprawia wrażenie przynajmniej zainteresowanego tym, co nowego dzieje się w muzyce i mający w swej kolekcji płyty nie tylko własnego zespołu. Czasem ten Muńkowy namechecking w wywiadach sprawia wrażenie robienia z siebie na siłę światowca bez faktycznego pokrycia w tworzonej muzyce, niemniej T.Love znajduje się w wąskiej grupie zespołów, w przypadku których termin „polski rock” odnosi się wyłącznie do kwestii ich pochodzenia, a nie poglądu na tworzenie muzyki. Innymi słowy mowa tu o kapelach, które można bez wstydu wypuszczać za granicę kraju lub prezentować przyjezdnym. Sami wiecie, że nie jest z tym łatwo, zwłaszcza jak wyrośliście już z etapu studenckiego.

Dlatego z szacunku dla Pana, Panie Muńku, gorąca prośba – proszę bez takich płyt jak ta, o której pragnę za chwilę mówić. To nawet nie chodzi o to, że jest ona jednoznacznie zła, bo nie jest (albo ja jestem zbyt pobłażliwy). Ja rozumiem, że chciał Pan spróbować stworzyć coś, co będzie Pan firmował wyłącznie swoim nazwiskiem – nie Pan pierwszy i nie ostatni raz uległ takiej pokusie. Zakładam również, że nie chodziło o jakiś zaplanowany z wielkim rozmachem start solowej kariery na modłę Kazika Staszewskiego czy śp. Grzegorza Ciechowskiego, a bardziej o pozbawiony wygórowanych aspiracji, przysłowiowy „skok w bok”. No i o muzyczne spotkanie z Janem Benedkiem, który pomimo rozstania z T.Love jeszcze w latach 90-tych pozostał w kręgu Pana przyjaciół, zarówno na polu artystycznym (wspomniana wcześniej uniwersalność brzmienia T.Love odnosi się przede wszystkim do czasów z Benedkiem na pokładzie), jak i prywatnym. Współpraca na T.Love’owym „I Hate Rock’n’Roll” rozbudziła apetyt na więcej. Ja to rozumiem.

Nie rozumiem natomiast, dlaczego w efekcie spotkania dwóch tak ogarniętych muzycznie osobników powstało coś tak zachowawczego, bezpiecznego, skrojonego pod niewybredne gusta ludzi czerpiących wiedzę o nowej muzyce z ekspozycji w Media Markt i Empiku, skierowanego prędzej do słuchaczy Radia WaWa aniżeli Trójki. W portfel nie zamierzam Panu zaglądać, bo to poniżej pasa, ale zdaje Pan sobie sprawę, że i tak niecne podejrzenia związane z finansami przychodzą tu na myśl? Mógłbym zrzucić to wszystko na karb coraz większej ilości wiosen na koncie i wynikającej naturalnie z tego coraz mniejszej potrzeby buntu i rzucania sobie artystycznych wyzwań. Mógłbym, gdyby nie to, że wydany jakiś czas temu z T.Love „Old Is Gold” całkiem ładnie pokazał, że można się muzycznie starzeć w sposób godny i stylowy. Teoretycznie także i na „Muńku” słychać chlubne nawiązania, braku różnorodności jej nie sposób zarzucić. Tyle tylko, że: „Stary Boy” to indie rock w jego najbardziej wyświechtanym wydaniu, „Ring Dong” brzmi w warstwie instrumentalnej jak późny Tom Waits (czyli dobrze), ale doprawiony Pana wokalem automatycznie kieruje skojarzenia na Szwagierkolaskę (czyli już nie tak dobrze, bo do dziś „U Cioci Na Imieninach” wywołuje u mnie traumę), „Gan” chciałby być jak Johnny Cash, co mu się po części udaje, niestety wyłazi mu mrągowska słoma z butów. No i jeszcze jest „Hot Hot Hot”, perfidnie zrzynający z „Train In Vain”, choć na szczęście przyznaje się Pan do tego pierwszym wersem „Tu nadaje Radio Clash”. Szkoda, że w podobny sposób w „Starym Boy’u” nie odniósł się do podobieństwa do „Interzone” Joy Division…

Połowicznie udane to wycieczki stylistyczne, natomiast warto docenić podjętą próbę. Zwłaszcza w kontekście takich „Tiny” czy „Świętego”, oddelegowanych do promocji płyty. Tu już nikt nie udaje, że chodzi o sztukę, artyzm i tym podobne pierdoły. Nie ma miejsca na sztukę, kiedy IRA do spółki z Szymonem Wydrą próbują cię strącić z playlisty radiowej. Rozpropagowaniu płyty mogły też pomóc featuringi ze znanymi wokalistkami. Tyle tylko, że takiej Kory zupełnie nie słychać w „Njutella Marcella” (odrobinę lepiej jest z udziałem Ani Brachaczek w „Starym Boyu”, choć akurat ona dziwnym trafem nie doczekała się specjalnej adnotacji o swym udziale). Przyzwoicie wypada duet z Anną Marią Jopek w „Dziejach Grzechu”, który prezentowałby się najlepiej w całym tym towarzystwie gdyby nie czerstwy jak wagon sucharów refren.

Panie Muńku, umówmy się proszę w ten sposób – ja tłumaczę sobie istnienie tej płyty jako potrzebnej Panu z rozmaitych powodów (doceniając, że mogło być zdecydowanie gorzej – „Modern Rocking”, anyone?) a następnie zapominamy o sprawie i skupia się Pan na T.Love, dzięki czemu dalej Pana tak lubię, jak to wyraziłem w pierwszych akapitach. Dobrze?

 

najlepszy moment: RING DONG

ocena: 6,5/10

Leave a Reply