Pneuma – Apatia
wydawca: Mystic
O trójmiejskiej Pneumie to pisaliśmy jeszcze w czasach rejdzmen.blog.pl, czyli w czasach kamienia łupanego i komunikacji poprzez gadu gadu zamiast fejsa. Nadróbmy zaległości zatem.
Nie ukrywam, zawsze pisze mi się ciężej o zespołach, których członków znam osobiście (a przynajmniej część). Recenzentowi nie jest łatwo oddzielić kwestie „zawodowe” od prywatnych, a co dopiero muzykowi. Gotów jeszcze nasłać na Ciebie kogoś albo dosypać arszeniku do piwa… Z drugiej strony odpada tu kwestia zaszkodzenia zespołowi niepochlebnym słowem – Pneuma zakończyła działalność jakiś czas temu. To co robimy w takim razie? Chwalimy, choć z rezerwą. Mniej więcej na taką odległość, jaką wynosi mój obecny dystans do muzyki metalowej.
Najczęściej przewijający się wśród znajomych wielbicieli ciężkiego grania argument przeciwko Pneumie dotyczy przesadnego podobieństwa ich stylistyki do tej uprawianej przez Machine Head. Skłamałbym mówiąc że jest to zupełnie nietrafiony zarzut, co więcej – „Apatia” zapewne dostarczyła kolejnych dowodów na niekorzyść Kikuta i spółki. Fundamentalne pytanie jednak brzmi – czy Machine Head gra tak oryginalną muzykę, by wszelkie podobieństwa rozpatrywać w kategoriach zrzyny i epigoństwa? Z całym szacunkiem dla twórców „Davidiana”, ale moim zdaniem niekoniecznie. Wszak chodzi po prostu o generowanie czadu na bazie składników zaczerpniętych tak z hardcore’a, jak i metalu (thrash metalu, jeśli musimy uszczegóławiać). Receptura tyleż skuteczna, co mało wyszukana. Zresztą, równie dobrze można by rzucić tu całym wachlarzem nazw z metalcore’owej półki (także tymi o polskim rodowodzie – taka „Śmierć wie lepiej” spokojnie mogłaby się znaleźć w repertuarze Frontside). Ale, na Boga, po co? To metal, a nie gra w skojarzenia. Chodzi o czysty fun dla tych, którzy lubią robić wiatrak z włosów przy słuchaniu muzyki i potrzebują doznań ekstremalnych. I „Apatia” dokładnie to daje, a nawet trochę więcej.
I mam na myśli nie tylko Przekaz, którym akurat wygrywa w konfrontacji z Machine Head (nawet jeśli czasem wtrąci się banał czy pretensjonalność), ale także tzw. smaczki – mimo wszystko nawet metalowe głowy potrzebują jakichś urozmaiceń. Takowe dostarczają głównie goście, przybierając postać solówek odegranych przez takich jegomości jak Seth z Behemotha w „Symbiot” (numer zamyka partia na werblach autorstwa Adama Tkaczyka) i Siara z Empire (chyba najlepsze solo w „Kolejnym Końcu”) czy zupełnie z czapy wstawki w wykonaniu Czesława Mozila ze swoją duńską kompanią w „Egoteo” (dla mnie na plus, choć bardziej w kategoriach humorystycznych aniżeli faktycznego wkładu w kompozycję). Ale i bez pomocy gości Pneumatycy (Pneumiarze?) dają sobie radę z zabawianiem odbiorcy – a to serwując klimaty klasycznie heavymetalowe i podbijając fragmenty tekstu chórkami jakby z myślą o koncertowej interakcji („Ukochane Dzieci Diabła”), pakując – co już charakterystyczne dla Kikuta – jak największą ilość słów we frazę (zwrotki „Śmierć Wie Lepiej”) czy przede wszystkim oddając pokłon Melodii, będącej w każdych okolicznościach w cenie (refren „Między Tobą A Mną”, najbardziej grooviasty w tym towarzystwie singiel „Coraz Mniej”).
Niech nam te szczegóły jednak nie zaciemniają obrazu całości – jednolitego wygrzewu trącącego niekiedy metalową ekstremą, bez ballad pokroju „Bez Ciebie”, ale też i niestety bez tak przebojowych fragmentów jak „Ta Sama Krew”. Cokolwiek by też nie mówić o tych „eksperymentach” z „Jeden”, dawały one dynamikę której w tym przypadku ciut zabrakło. Niemniej – cel zrealizowany, porządny metalowy cios godzien miana pożegnalnego albumu. A to, że mógł być jeszcze lepszym Nowym Początkiem to inna sprawa…
najlepszy moment: CORAZ MNIEJ
ocena: 7/10
