rageman.pl
Muzyka

Nas – Nastradamus

Nas-NastradamusAlbumCoverrok wydania: 1999

wydawca: Ill Will

 

Uzupełniamy omówienie dyskografii Mojego Ulubionego Rapera o kolejne pozycje.

W zgodnej opinii hiphopologów druga połowa lat 90-tych była najsłabszym etapem kariery Nasa i jestem w stanie się z tym zgodzić. Z zastrzeżeniem jednakże, że mamy na myśli nie tyle konkretne dzieła w tym okresie wydane, co reprezentowany przez nie kierunek, będący kontynuacją mafiozowej zajawki z „It Was Written”. Bo o ile „I Am…” rzeczywiście dość mocno nadszarpuje wizerunek Nas’a, tak już w przypadku wydanego w tym samym roku „Nastradamusa” jestem gotowy stanąć w jego obronie, choć niekoniecznie z wykorzystaniem własnej piersi.

Paradoks tego albumu polega na tym, iż będąc materiałem stworzonym w przeciągu kilku miesięcy jawi się on jako znacznie bardziej spójne i dojrzalsze dzieło niż szumnie zapowiadany „I Am…”. A co więcej, powstałym niejako przez przypadek – pierwotnie planowano go jako zbiór odrzutów z sesji do „I Am…”. Wypada podziękować piratom dystrybuującym te utwory skradzione ze studia nagraniowego, a którym Nas postanowił zrobić na złość nagrywając (niemal) w pełni premierowy materiał. Zadanie o tyle utrudnione, iż data premiery pomimo tych powikłań nie uległa zmianie. Pośpiech w sztuce przeważnie nie owocuje niczym dobrym, w tym kontekście można „Nastradamusa” uznać za umiarkowany wyjątek.

Co więc przemawia na korzyść tego albumu? Przede wszystkim – brak wtop i obciachów pokroju „Hate Me Now”. W kwestii współpracowników postawił na sprawdzonych ziomów, zapraszając do gościnnych rapów Mobb Deep czy Bravehearts. Trochę inaczej sprawa jawi się, jeśli chodzi o podkłady – akurat tutaj lista płac jest dosyć zbliżona do tej z „I Am…”. A mimo to zamiast umizgiwania się do newschoolowego plastiku dominują tutaj brzmienia bliższe sercom hiphopowych zajawkowiczów – w pierwszych indeksach albumu z większą dawką soulowego ciepła („Some Of Us Have Angels”, „Project Windows” z udziałem Ronalda Isleya z Isley Brothers), począwszy od DJ Premierowego „Come Get Me” lawirujące wokół nowojorskiego korzeni gatunku. Po raz kolejny też Pan Jones sięga po ejtisową klasykę w postaci „Afryki” Toto, którego klawiszowy motyw stanowi fundament „New World”. Prawdziwą dawkę przebojowości zapewnia ponownie zaproszony do współpracy Timbaland – o ile na „I Am…” moim zdaniem nie stanął na wysokości zdania, tak „You Owe Me” (w refrenie stały w tamtym czasie współpracownik Timby, Ginuwine) to już najprawdziwszy banger w jego starym, dobrym i jeszcze nie tak komercyjnym stylu.

Całkiem sporo plusów, skąd więc ta krytyka? Być może wynika to ze zbyt wysoko zawieszonej poprzeczki, jeszcze zresztą nie tak dawno temu, niemniej całość odbieram jako dość… nieangażującą. Przesłuchuje się ten album od początku do końca bez uczucia zażenowania, a nawet z przyjemnością, ale zamiast repeatu chce się wymienić płytę w odtwarzaczu na „Illmatica”, „It Was Written” czy nawet płyty wydane w XXI wieku. Taka percepcja w momencie wydania rzeczywiście mogła się jawić nostradamusowym końcem świata dla fanów rapu, ale skoro już na następnej płycie nasz bohater wrócił na właściwe tory, to nie ma co roztrząsać tematu.

 

najlepszy moment: YOU OWE ME (FEAT. GINUWINE)

ocena: 7/10

Leave a Reply