rageman.pl
Muzyka

L.Stadt – EL.P

el-p-b-iext4844467rok wydania: 2010

wydawca: Mystic

 

Po krótkiej przerwie wracamy znów do Polski.

L.Stadt to, przynajmniej w pewnych kręgach, na tyle uznana marka, że wręcz nie wypada tłumaczyć któż zacz. Ponieważ mówimy tu jednak o dość zawężonych kręgach, słowo wstępu dla tej znacznie liczniejszej grupy niewtajemniczonych: L.Stadt to reprezentujący Łódź kwartet działający od 2003 roku i mający na koncie dopiero dwa, ale na tyle przyzwoite albumy, aby otworzyły przed zespołem kilka intratnych furtek także za granicą (w tym USA). Grupą od jej samego początku dowodzi Łukasz Lach, w którego życiorysie tropiciele ciekawostek wypatrzą kilka ciekawych pozycji. Będę nieprofesjonalnym recenzentem i nie odmówię sobie ich wymienienia – primo, jest to brat TEJ Izy Lach, obiektu westchnień fanów rodzimego popu, całej sceny indie oraz Snoop Dogga. Secundo, zbieżność nazwisk z byłą gitarzystką Formacji Nieżywych Schabuff, Kasią Lach, też przypadkowym nie jest. To się nazywa muzykalna rodzina. Ale i sam Łukasz to stary playa, który w tej branży działa od lat – pamiętacie LO27 i hicior z lat 90-tych „Mogę Wszystko”?

Przyznam jednak, że taka wyliczanka jest z mojej strony trochę nie fair, zwłaszcza wypominanie tego LO27, nawet jeśli sam Łukasz tego epizodu się nie wstydzi. L.Stadt od początku swej muzycznej drogi zasługiwał na uznanie jako jedna z ciekawszych wizytówek nowoczesnej Polski, mający równie niewiele wspólnego z rockandrollem z telewizji śniadaniowej, co z przaśną pseudo-alternatywą, uparcie forsowaną przez periodyki muzyczne pokroju „Polityki” czy „Wprost” jako antidotum na to pierwsze zjawisko. Singlowy, tyleż chwytliwy co nieszczęsny (zwłaszcza z marketingowego punktu widzenia) „Londyn” mógł trochę podkopać wiarę w zespół, ale „EL.P” już nie pozostawia żadnych wątpliwości, czy aby na pewno powinniśmy puszczać ich w świat.

Surf rock? Nie mam nic przeciwko szufladkom, są przydatne tak dla recenzentów, jak i szukających nowych wyzwań muzycznych pasjonatów, ale niektóre naprawdę przerastają moją percepcję (nie mówiąc już o tym, że same ich nazwy brzmią głupawo). Poza tym szastanie na lewo i prawą taką terminologią sugeruje, jakoby zespół specjalnie przyspawał się do niszy, na tyle nieznajomej statystycznemu słuchaczowi, aby nikt nie zarzucił im braku oryginalności. Nie mówię że tak nie jest. Ale w skali lokalnej to na tyle unikalne zjawisko, że warto przede wszystkim się cieszyć, że komuś zechciało się sprowadzić takie brzmienia zza granicy i dystrybuować je na naszym rynku. Sukcesy L.Stadt poza granicami Polski sugerują jednak, że to coś więcej niż wożenie drewna do lasu, więc może przyjrzyjmy się tym piosenkom bez gatunkowych kontekstów, shall we?

Zresztą, już bardziej intrygującą kwestią odnośnie stylistyki L.Stadt jest nie jej dopasowanie do gatunkowych ram, a    dość nietypowy rozkład obowiązków poszczególnych muzyków. Konkretnie mam tu na myśli dwóch muzyków odpowiedzialnych za dźwięki perkusyjne. Nie wiem jak to wygląda na koncertach, być może jest do odlot porównywalny z Allman Brothers Band, ale już na samej płycie prezentuje się to intrygująco. Właściwie w wielu przypadkach to, co zwraca w pierwszej kolejności uwagę to rytm właśnie – czy będzie to sposób, w jaki został on wygenerowany (handclapsy w „Jeff”) czy też tempo które nadaje krokom pozostałych instrumentów („Smooth”, „Charmin/Lola”). Nie jestem aż takim fanatykiem sekcji rytmicznej, ale przyznam że jest to dosyć imponujący aspekt w kontekście polskiej sceny alt rockowej czy też indie. A przecież to tylko wierzchołek góry lodowej, jaką są tu aranżacje. Blues rock „Smooth”, „Kowbojski” „Charmin/Lola”,  elektroniczny Puppet’s song no 1″, „Sun” przechodzący z akustycznej ballady to psychodeliczn0-beachboysowego odlotu czy przede wszystkim „Mums Attack” z rockandrollowym klawiszem, chórek dziecięcym i samplami z horrorów – praktycznie co utwór to cała feeria pomysłów aranżacyjnych i brzmieniowych, a jednocześnie utwory są na tyle krótkie i treściwe, aby się w tym gąszczu nie pogubić. Dodajmy do tego świetnie tu pasujący, mile kojarzący się z najbardziej rozmarzonymi/rozleniwionymi momentami Damona Albarna głos Łukasza Lacha i otrzymujemy zespół, który brzmiałby zjawiskowo nawet grając sygnał zajętości w telefonie.

Grają jednak napisane przez siebie melodie. I nawet jeśli, skoro mowa o zespole inspirującym się m.in. przebojowymi latami 60-tymi, mogły by one być rzeczywiście jeszcze bardziej chwytliwe (choć „Death Of A Surfer Girl” – palce lizać), to i tak płyta jest warta polecenia także tym, dla których muzyka rockowa to niemal wyłącznie hałas. Trzy lata minęły, Panowie, kiedy nowa płyta?

 

najlepszy moment: DEATH OF A SURFER GIRL

ocena: 7,5/10

Leave a Reply