Kate Bush – The Kick Inside
wydawca: EMI
Wiekopomna chwila – kto dostąpi zaszczytu bycia pierwszym rozpracowanym na tym blogu artystą w 2012 roku? tadaaaaaam! Kate Bush!
No proszę, jak się ładnie złożyło – poprzednim razem o Katarzynie gadaliśmy niemal równo rok temu. Jest pewna grupa artystów wybytnie predysponowanych do bycia słuchanym podczas określonych pór roku. Tak jak melancholijny, zgorzkniały nastrój nagrań Cohena czy Waitsa idealnie koresponduje z jesiennymi widokami, tak odrealnione, a jednocześnie roztaczające wokół słuchacza aurę ciepła i bezpieczeństwa idealnie wkomponowują się w zimowy klimat ogarniania magicznego zjawiska padającego śniegu z perspektywy ciepluchnego łóżeczka. Bush musi zresztą wiedzieć że coś jest na rzeczy, skoro ostatnią płytę „50 words for snow” poświęciła właśnie instytucji zwanej śniegiem. My jednak zajmiemy się dla odmiany początkami kariery muzycznej tej jednej z Najwybitniejszych Artystek w historii popkultury.
Rozkminianie zjawiska zwanego „Kate Bush” oszczędzimy sobie tym razem – przerabialiśmy to w notce o „Aerial”. Jednak nie sposób zacząć od pewnego logicznego spostrzeżenia – jak nie uznawać artysty za wybitnego, jeśli w wieku 13-16 lat pisze TAKI materiał jak ten na debiutanckim „The Kick Inside”? Nie chcę sugerować, że sama płyta jest wybitna – bo moim zdaniem nie jest. O ile przyjmiemy, że wybitne płyty zaczynają się od 9,5/10 wzwyż, a „TKI” to „tylko” okolice 8,5-9. Ale jednak warto wziąć pod uwagę fakt, że mało który nastolatek pisze piosenki. Jeszcze mniej jest takich, który piszą piosenki dające się słuchać. A już na palcach jednej ręki można policzyć artystów, którzy piszą w tym wieku kompozycje o stopniu wyrafinowania godnym progrockowców, którzy zazwyczaj swe kawałki dłubią miesiącami. Taka ciekawostka – debiutancki singiel „Wuthering Heights” był pierwszym kawałkiem na szczycie brytyjskiej listy przebojów, popełnionym przez artystkę-kobietę całkowicie samodzielnie. I wciąż nie jest to aż tak częste zjawisko.
W ogóle, „Wuthering Heighs”, ahhhhhhhh. W związku z tym numerem trzeba jeszcze jedną historię przytoczyć. Pierwotnie wytwórnia forsowała na pierwszy singiel „James And The Cold Gun” – owszem, niezły, wyróżniający się mocną jak na Bush gitarą elektroniczną, ale jednak nie jakoś wybitnie wyróżniający się w zalewie kompozycji innych song-writerek. Tymczasem Kate postawiła sprawę jasno – „Wuthering Heighs” na pierwszym singlu albo śmierć. Nie trzeba być ekspertem od rynku fonograficznego by wiedzieć, że coś takiego jest niespotykane w przypadku debiutantów. Mój Boże, dzisiaj nawet takie stare kobyły jak Mariah Carey robią wszystko według biznesplanu labelowych włodarzy. A tu jakaś podlotka im będzie mówić, co mają wydać. I jak się okazało – miała dziewczyna rację. Sukces na listach przebojów, ale przede wszystkim to ultrareprezentatywna rzecz dla baśniowego, unikatowego stylu Bush. A refren to – zanotujcie sobie, bo zaraz fakt niezaprzeczalny poleci – jedna z najcudowniej poprowadzonych linii wokalnych w historii muzyki popularnej. Kate Bush at her best. Jedyne co bym poprawił, to podgłośniłbym solówkę gitarową pod koniec utworu (co ciekawe, pomimo specyficznego brzmienia nie jest on autorstwa Davida Gilmoura, który jako producent maczał palce w tej płycie). Ponoć osoba odpowiedzialna za mix płyty do dzisiaj nie może sobie tego wybaczyć.
„WH” to zdecydowany hajlajt płyty, niemniej ma sporo konkurentów. Najsilniejszy to „The Man With The Child In His Eyes”, fortepianowa ballada, przypuszczam że w młodości solidnie przewałkowana przez Tori Amos. Po petach depczą także „Moving”, w którym pierwiastek egzotyczny w wokalizach Bush idzie w parze z okładką płyty i zarazem uzasadnia sukces tego albumu w Japonii; „Kite” i „TheM Heavy People” z pulsacją trącącą reggae; last but not least – „The Saxophone Song”, którego clou stanowi solo tytułowego instrumentu.
Płyta, której odsłuch odrywa słuchacza od ziemi, opowiada swoją historię, stanowi zamkniętą całość. Lubimy takie płyty.
najlepszy moment: WUTHERING HEIGHTS
ocena: 9/10
