Dizzee Rascal – Tongue n’ Cheek
wydawca: Dirtee Stank
Czy można sprzedać się stylowo i z klasą? Wprowadzamy dziś do naszego panteonu sław nową postać. Proszę Państwa – Dizzee Rascal.
Z tym sprzedawaniem się to ciężka sprawa i temat na osobną dyskusję, której nie chcę mi się teraz zbytnio poruszać. Generalnie rzecz ujmując – w idealnym świecie artyści nie szli by na żadne kompromisy, twórczo katalizując wyłącznie to, co leży im na sercu. Niestety nie żyjemy w idealnym świecie, a za płyty/filmy tworzone dla 5 osób na krzyż nie wyżywi się rodziny (choć oczywiście często jest tak, że decyzja o skomercjalizowaniu się nie jest kwestią mieć czy nie mieć, a mieć mniej czy mieć więcej). Poza tym warto sobie uświadomić, że pójście w przystępność może wynikać również z innych, bardziej przyziemnych czynników. Bo kiedy człowiek zbliża się do trzydziestki, zakłada szczęśliwą rodzinę i stawia drzewo, to te licealne bunty wydają mu się nie tylko zbędne, ale i śmieszne. A wracając po robocie do domu woli się przy muzyce odprężyć aniżeli cierpieć razem z wokalistą przy akompaniamencie ogłupiającego łomotu gitarowego. Wiem co mówię – jako słuchacz sam totalnie się skomercjalizowałem ostatnimi czasy. I jeśli mam być szczery, to całkiem dobrze mi z tym.
Ta przydługawa rozkmina potrzebna nam jest, by choć częściowo zrozumieć ideę, jaka stoi za czwartym albumem brytyjskiego rapera. Bo zestawiając zawartość „TNC” z wcześniejszym o 6 lat, legendarnym już „Boy In Da Corner” sprawa wydaje się wiecej niż oczywista – koleś poszedł w pop. Grime, na którym nie tyle wypłynął, co właściwie kładł fundamenty pod jego rozwój, został wyparty mariażem hiphopu z elektro, od którego roi się na listach przebojów. O zmianie w przekazie tekstów już nawet nie wspominam.
Warto jednak zreflektować się, zanim przyrównamy Rascala do Black Eyed Peas, którzy na początku działalności byli autentycznie zajebistym zespołem, o czym pewnie już nawet sami nie pamiętają. Fakt: „Boy In Da Corner” to nie jest tylko świetna płyta. To przede wszystkim wybitnie przełożony na język sztuki stan umysłu nietuzinkowego małolata. Wycinek czasoprzestrzeni. Jako taki – nie do powielenia. Nie tylko nie byłoby możliwe nagranie takiej płyty w późniejszych latach – nawet trzymanie się kierunku obranego na tej płycie poprowadziłoby w końcu donikąd.
Oczywiście było multum innych możliwości – zerwanie z muzyką, pójście w mafioso rap na podobieństwo Nas’a, może nawet wejście na inne stylistyczne terytoria. Rascal postanowił jednak cieszyć się życiem i nagrywać kawałki zabawowe. A że przy okazji większy będzie miał przychód ze sprzedaży płyt? Ja naprawdę wolę taką szczerą rewoltę niż jeśli dalej miałby się upierać, że reprezentuje biedę. Poza tym czas wreszcie wspomnieć o najważniejszym wyznaczniku słuszności tej decyzji. Czyli tym, czy ta muzyka jest zwyczajnie dobra.
Jest. Choć zestaw współpracowników może wystraszyć: Calvin Harris, Armand Van Helden, Dj Tiesto (podkreślmy – DJ TIESTO). Ale właśnie to z nimi powstały najciekawsze kawałki. Nagrany z tym drugim „Bonkers” to bezdyskusyjny parkietowy killer. I nawet to, że w niektórych elementach przypominający słynną „Barbre Streisand” (Duck Sauce, który podpisał się pod tym hitem, to duet, który współtworzy właśnie Helden) zupełnie mi nie przeszkadza. W sumie „Baśka” nie była jednak taka zła?
Tiesto zaczyna współprodukowany przez siebie „Bad Behaviour” firmowym transem, ale potem całkiem nieźle wpasowuję się w elektro-hopowy klimat płyty. Najlepsze efekty przyniosła jednak współpraca z Harrisem. „Dance Wiv Me” jest chyba najciekawszy pod względem aranżacyjnym, nie tak jednoznacznie prowokując do tańca. Co innego „Holiday”, którego zawartość idealnie oddaje tytuł. Może lekki kicz po linii Pitbulla, ale buja to jaksiemasz. Nic tylko czekać do lata i pójść z tym kawałkiem w Sopot.
Reszta płyty, za którą odpowiedzialny jest stary znajomek Cage też wstydu nie przynosi, zwłaszcza że jest bliższa starszym dokonaniom. Szczególnie „Dirtee Cash”, oparty na eurodancowo brzmiącym samplu, czerpiący z jamajskiego soundu „Can’t Tek No More” czy „Chillin Wiv Da Man Dem”, idealny na, hm, chillout.
Nie sądzę, by Rascal miał zejść z obranego tu kierunku, więc daj mu Bozia zdrowie, by ta jego nowa twórczość miała coraz bardziej przebojowy wymiar. Jeśli to będzie, to już wixa będzie kompletna.
najlepszy moment: HOLIDAY (FEAT. CALVIN HARRIS)
ocena: 8/10
