rageman.pl
Muzyka

Alice In Chains – Dirt

rok wydania: 1992

wydawca: Columbia

 

„Nevermind”. „Ten”. „Down On The Upside”. Tylko „Dirt” nam brakowało do kompletu. No ale w końcu jest.

Wielkie dzieła rodzą się w bólach. To banał najbanalniejszy z banalnych, jeśli mowa o Sztuce. No ale to prawda. To tragiczne, co spotkało Staley’a za sprawą narkotyków. I mówię całkiem szczerze – wolałbym, aby nigdy „Dirt” nie powstało, a chłopak dożywał właśnie spokojnej starości gdzieś w domku na wsi za Seattle. Ale skoro już jest, to cieszmy się jej obecnością. Bo jest czym radować uszy i serca.

Ta wyliczanka z początku recenzji dotyczy powszechnie uznawanych kamieni milowych nurtu grunge. Ale niekoniecznie musi oznaczać to, że są to najlepsze płyty w dyskografiach tych zespołów, zwłaszcza patrząc z dzisiejszej perspektywy. W przypadku AIC takich wątpliwości nie ma – „Dirt” jest najlepszy i już. Konkurować może z nim co najwyżej „MTV Unplugged”, no ale to dość nietypowa sytuacja, o której może innym razem.

Paradoks najlepszości „Dirt” polega na tym, że nie jest to aż tak odmienna płyta od „Facelift”. Różnica polega na tym, że ten posępny, grandżowy klimat niejako wsiąknął w strukturę kompozycji, wypierając heavy metalową/hardrockową esensję. Niezrozumiałe, wiem. Sam do końca nie wiem co tu właśnie napisałem.

W każdym bądź razie – AIC pozostaje tu najbardziej metalową kapelą z całego grunge nurtu, ale już umieszczanie jej w szeregu razem z hardrockowymi tuzami pokroju Skid Row czy Poison traci tu zupełną racje bytu. Już prędzej Led Zeppelin – „Down In A Hole”, żeniący gitarę elektryczną z akustyczną, to novum w repertuarze Alicji, które znajdzie swe rozwinięcie na kolejnych wydawnictwach.

„Dirt” zaś to rozkoszowanie się przecudnymi harmoniami wokalnymi Staley/Cantrell, godne Simona i Garfunkela jakiegoś. Poważnie. Dzięki takim utworom jak „Would?”, „Dirt” czy „Junkhead” wszystkie harmonie wokalne w metalu nagrywanym w latach późniejszym będą się kojarzyły właśnie z Alice In Chains.

Tam, Simon i Garfunkel. Czemu od razu nie porównać do The Beatles? Oczywiście nie chodzi o innowacyjność – nie przesadzajmy jednak z zachwytami nad tym albumem – ale nagromadzenie kapitalnych melodii. 5 singli to w sumie nienajgorszy wynik, a spokojnie można by wyłapać tu znacznie więcej przebojów. „Them Bones” – dwuipółminutowy pocisk, kapitalne otwarcie. „Rooster” – też w sumie solidny punkt odniesienia dla wszystkich tych hardrockerów, którzy w swej twórczości będą poruszać tematykę wojenną (patrz, heh, Coma). Uwielbiam to epickie niemal „uuuu” z intra, kontrastowanie podskórnego niepokoju zwrotek wybuchem w refrenie (idealnie zobrazowanym w klipie). „Angry Chair” – prawdopodobnie najlepsze dzieło popełnione popełnione przez Staley’a-kompozytora. Praca perkusji, spogłosowanie wokalu w zwrotkach potęgujące atmosferę lęku i beznadzieji, minimalnie zbalansowany dość ładnym bridge’m (a może to już refren?). O „Down In A Hole” wspomnieliśmy. Numer idealny pod klimat totalnej zwały (choć jeśli się podśpiewuje pod nosem spolszczoną wersję numeru, to robi się ciut lepiej na sercu – Mokwa, pamiętasz jak to leciało? „Na dole w dziurze, czuję się nieduże…”?). No i „Would?” – nie zapomnę tego pierwszego kontaktu z teledyskiem do tegoż gdzieś pod koniec podstawówki, za sprawą kultowej już, VHSowej kolekcji klipów Lecha Kality (pozdro pozdro!). Trochę smutno, że już nie czuję takiego dreszczu przy tym numerze jak te ponad 10 lat temu. Mimo to bass w tym numerze i przede wszystkim wykon wokalny Staley’a to wciąż 10/10.

Ej, ale tu tych cud-numerów znacznie więcej jest. Refren „Rain When I Die” – cholera, chwyta za serce nawet bardziej niż kiedyś, kolejny numer typu „Do odtworzenia na moim pogrzebie”. „Sickman” rzeczywiście jest sick – nie do repeatowania, ale niezbędny w kontekście całej płyty. „Junkhead” to przede wszystkim to osobliwie brzmiące solo w okolicach trzeciej minuty – prześliczność lokująca Cantrell’a w gronie najlepszych gitarzystów cięższej odmiany rocka lat 90tych. „God Smack” z obłędnym wokalem Staley’a w zwrotkach i rozkładającym na łopatki „świdrowaniem” gitary w refrenie. A tak przy okazji – im dłużej słucham tej płyty, tym bardziej przekonuje się, jak bezczelną zrzyną jest cały projekt zwany Godsmackiem… No i wspomnijmy jeszcze o ukrytym „Iron Gland”. W sumie ten diabelski wtręt brzmi dość groteskow i można byłoby go potraktować w kategorii beki, gdyby nie to, że za wokal w nim odpowiedzialny jest Tom Araya. A jak wiadomo, z Mordercą nie ma żartów.

Najlepszy dowód na to, że bazując na wsiuńskim, hardrockowym soundzie można tworzyć rzeczy wybitne. Jako taka sprawdza się w każdej sytuacji – zarówno jako energetyczny kopniak, jak i lek na skołatane serduszko. No i nie można zapomnieć o walorze edukacyjnym – to chyba jedna z najlepszych antynarkotykowych płyt, jakie powstały w rocku. Swoją drogą, dziwnie słucha się tej płyty mając świadomość, że połowa składu odpowiedzialna za jej powstanie już nie żyje, właśnie przez dragi.

 

najlepszy moment: WOULD? (należy się, choćby za to co było kiedyś)

ocena: 9,5/10

Leave a Reply