Alice In Chains – Facelift
rok wydania: 1990
wydawca: Columbia
Nie było jeszcze o Alice In Chains? Cóż za niedopaczenie!
Fakt faktem jednak, że gdybym miał zhierarchizować Wielka Czwórkę Grunge’u, AIC zajęłaby raczej ostatnie miejsce. To czysto subiektywny pogląd, choć mam nieodparte wrażenia, że w bardziej obiektywnym rankingu mogła by walczyć co najwyżej o 3 miejsce z Soundgarden, bez szans w rywalizacji z Nirvaną czy Pearl Jam. Rzecz w tym jednak, że dlatego Wielka Czwórka Grunge’u nazywa się Wielką Czwórką Grunge’u, ponieważ każdy z tych 4 zespołów był Wielki. I nie inaczej jest z Alicją. Inna sprawa, że na debiucie „Facelift” tej wielkości jednak jeszcze nie słychać. Z dzisiejszej perspektywy to całkiem przyzwoita płyta hardrockowa.
No właśnie, hardrock… Ciężko się dziwić, że na wysokości tej płyty nikt jeszcze nie posługiwał się terminem „grunge”, a wytwórnia targetowała zespół w fanów hardrocka i metalu, posyłając ją nie tylko na trasy z Iggy’m Popem czy Slayerem, ale też z Poison czy Extreme. Weźmy sam początek płyty, „We Die Young”. Numer przezacny, to nie podlega wątpliwości. Więcej – sztandarowy dla tej kapeli. Ale nie lada problem musiał mieć recenzent tej płyty w ’90 roku. Bo o co tu chodzi? Słyszę, że to jest coś innego, coś znacznie ważniejszego od tego, co rozumiano jako hardrock przez całą ostatnią dekadę. Ale samo brzmienie, pomijając oczywiście trademarkowe harmonie wokalne Staley-Cantrell, jest dokładnie takie samo co u tych wszystkich Whitesnake’ów! Nawet Layne Staley, choć już słychać jego wybitność, momentami zaciąga „po hardrockowemu”. Kuriozum, znaczy się.
Koniec końców szala przechyla się na stronę tego minorowego, depresyjnego (choć jeszcze nie w takim stopniu jak na następnym „Dirt”) klimatu i ten hardrock nie odrzuca tak, jak na płytach innych reprezentantów tego stylu. Problem leży natomiast w tym, że nic tu nie wychyla się poza wspomnianą przyzwoitość, dzięki czemu można by było płytę kwalifikować jako coś więcej niż „mocne wejście”. Gdyby cała płyta była jak jej pierwsze numery. Jak „Man In The Box”… Czy jak doomowy niemal, przytłaczający „Love, Hate, Love” (choć szczerze mówiąc, nie jest to numer, który mógłbym sobie repeatować w nieskończoność ). Ale już taki „Real Thing” to kawałek wypisz wymaluj na szkolną czwórkę. Czyli fajnie, wystajesz ponad przeciętność, ale o pasku na dyplomie z takimi numerami to raczej zapomnij. I nie pomogą ci wszelkie kombinacje – ujmujące (piano w „Sea Of Sorrow”), sympatyczne (ledzepowy rockandroll w „Sunshine”) czy też dość dziwaczne, jak funk w „I Know Something (Bout You)” (skądinąd nawet spoko, ale i tak jednak WTF).
Słychać potencjał. Ale na jego pełne wykorzystanie należało poczekać 2 lata. O czym w następnym odcinku.
najlepszy moment: MAN IN THE BOX
ocena: 7,5/10