rageman.pl
Muzyka

Bob Dylan – Together Through Life

rok wydania: 2009

wydawca: Columbia

 

Zostajemy przy temacie Dylana. Zapraszamy do wehikułu czasu, przenosimy się pół wieku w przód.

Niesamowite, ile dzieli debiut od przedostatniego dzieła autora „Like A Rolling Stone” (kuriozalnego albumu świątecznego z tego samego roku co „Together Through Life” nie liczę). I nawet nie chodzi o te 47 lat. Tam mieliśmy piosenki, w których Dylan grał niemal wyłącznie na emocjach słuchaczy. W kompozycjach na „TTL” dzieje się mnóstwo rzeczy, brzmienie jest wysmakowane (produkuje ponownie Dylan pod aliasem Jack Frost’a, choć sound ewidentnie po linii Lanoisowej roboty z „Time Out Of Mind”), rasowe. Naprawdę ciężko cokolwiek tej Muzyce obiektywnie zarzucić, chyba że ktoś uparłby się, że artyście o takim dorobku nie przystoi nagrywań rzeczy takich jak „Life Is Hard” czy „Jolene”, skrojonych wydawałoby się pod odpowiednio Toma Waitsa czy ZZ Top (choć to tak luźne skojarzenia, że aż głupio o nich wspominać). Ale jeśli podobnie jak przy „Bob Dylanie” chcielibyśmy rozpatrywać album wyłącznie na płaszczyźnie subiektywnych odczuć, to muszę to powiedzieć wprost – dla mnie to album wyprany z emocji. Jeszcze gorszy od „Modern Times”, gorszy nawet chyba od zgodnie przez wszystkich odsądzanych od czci i wiary Dylanowskich dzieł z lat 80-tych. Z perspektywy tego albumu po raz kolejny muszę zrewidować moją opinię o „Time Out Of Mind”. Może i album był lekkim przehajpem, ale zawierał momenty rzeczywiście wybitne, jako całość przesycony był jakimś artystycznym niepokojem, stawiającym na baczność podczas odsłuchu. Tutaj mamy blues, któremu jednak bliżej do zgredziarskiego smęcenia, muzyka dla dziadów. A przecież blues taki być nie musi. Ten gatunek muzyczny jak żaden inny nie potrzebuje młodzieńczej witalności, ba – wręcz przeciwnie, najbardziej wskazany wydaje się w nim wieloletni bagaż doświadczeń (najlepiej negatywnych). Dylan z „TTL” to Dylan spełniony, pogodzony z życiem, a jednocześnie nie pozbawiony cynizmu. Opis zupełnie nie przystający do bluesowego twórcy.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatnie albumy Dylana coraz mocniej zaczynają pełnić rolę epilogu – ważnego dla pełniejszego zrozumienia całej tej pięknej historii, jaką jest życie i twórczość tego artysty, a jednak będącego tylko dodatkiem. To budujące, że wciąż mu się chce tworzyć i to jeszcze z taką regularnością. Nie zmienia to jednak faktu, że ostatni rozdział w postaci „Time Out Of Mind” byłby optymalnym dla tej epopei.

 

najlepszy moment: BEYOND HERE LIES NOTHIN’

ocena: 6,5/10

Leave a Reply