rageman.pl
Muzyka

Bob Dylan – Bob Dylan

rok wydania: 1962 (reedycja: 2005)

wydawca: Columbia

 

Spojrzałem w archiwum blogowych recenzji dzieł Boba Dylana – żadna z nich nie dotyczy dzieł z lat 60-tych, najważniejszej dekady twórczości tego Pana! Nadrabiamy zaległości waląc z grubej rury – wiekopomny debiut.

No dobrze, tak po prawdzie „Bob Dylan” zapisał się w historii muzyki bardziej ze względu na bycie pierwszym albumem TEGO Boba Dylana aniżeli samą muzykę. A starając się ująć sprawę stricte obiektywnie – można nawet tu mówić o pewnej kontrowersyjności. W dyskursie nt. twórczości najsłynniejszego z bardów relacja liryków z dźwiękowym podkładem, a konkretniej hierarchia tych aspektów w kontekście artystycznego jestestwa Dylana stanowi wciąż jedną z najważniejszych, a zarazem najbardziej problematycznych kwestii. I omawiany dziś album stanowi jeden z najlepszych dowodów w sprawie. Z jednej strony – to klasyczny przykład albumu, którego nie należy oceniać w oderwaniu od towarzyszących mu kontekstów, przede wszystkim historycznego. Debiutująca gwiazda folku, gatunku skrajnie ascetycznego w stosowanym instrumentarium. Rok ’62 (swoją drogą – jeszcze tak starego albumu w pięcioletniej historii tego bloga nie omawialiśmy), mono wciąż stanowi obowiązkowy format rejestrowanego dźwięku. Dwudziestoletni małolat-idealista obcujący po raz ze studiem nagraniowym. To wszystko istotne czynniki, bez których nie da się zrozumieć brzmienia tego albumu. Ale jak w takim razie porównywać je nie tylko do dzieł innych klasycznych dla epoki artystów jak The Beatles, The Who czy The Doors, co nawet do późniejszych nagrań samego Dylana? Jak się ma gitarowo-harmonijkowy akompaniament (czasem nawet całkiem nietypowy jak na stylistykę, której ramy wyznaczają blues/folk/country’owe schematy) tworzony przez Dylana do bogactwa dźwięków „Pet Sounds” czy nawet hardrockowej nawałnicy pierwszych Led Zeppelinów? Nie da się. Trzeba przejść wyłącznie na płaszczyznę rozumowania i oceniania muzyki tylko za pomocą emocji, tych w niej zawartych i tych przez nią wywoływanych. Tyle że to tak skrajnie subiektywne kryteria, że jakakolwiek dalsza analiza zawartości „Boba Dylana” pod tym kątem jawi się jałową dość czynnością, nie mówiąc już o umiejscowieniu go na dziesięciopunktowej skali. I nawet blogowa specyfika nie umniejsza tej jałowości.

No dobrze, ale skoro czytacie to dalej, to przypuszczam, że chcecie poznać moje odczucia i emocje związane z tym albumem, tak? No więc moim zdaniem „Bob Dylan” to petarda, roznosząca w pył cały jego dorobek z lat 90-tych i późniejszych. I nie ma nic do rzeczy fakt, że na 13 kompozycji tylko dwie są autorstwa Boba, a i wkład własny w aranżację pozostałych jest powszechnie kwestionowany. Mieliśmy nie oceniać analitycznie tej muzyki, zatem darujmy sobie ile tu jest bluesa, ile folku, a ile gospelu. Skupmy się na tym, jakim żarem są przeszyte „In My Time Of Dyin'” czy „Fixin’ To Die”, szczególnie w interpretacji wokalnej – rzecz nie do ogarnięcia dla tych, którzy przyzwyczaili się (albo po prostu tylko takiego go znają) do Dylana jako beczącej kozy. A jest jeszcze „House Of The Risin’ Sun”, stanowiący silną konkurencję dla wydawałoby się definitywnej interpretacji The Animals. Albo „Freight Train Blues”, z zupełnie innej beczki, bo mający lekko humorystyczny wydźwięk. I tribute dla idola Dylana, Woody’ego Guthriego w, nomen omen, „Song To Woody”.

I jeszcze „See That My Grave Is Kept Clean”… Właśnie. Tu muszę wspomnieć o aspekcie, który chyba mnie najbardziej niszczy. Nie tylko tytuły niektórych piosenek są przesiąknięte śmiercią, refleksją, mądrością człowieka doświadczonego przez życie. A mówimy tu o dwudziestolatku. Jasne, dziś mamy zaburzoną perspektywę, proces dojrzewania jest coraz bardziej spowalniany. Niemniej mądrość bijąca nawet nie tyle z tekstów, co z interpretacji, z atmosfery albumu jest rozbrajająca. No tak, zapomniałem że mówimy o Bobie Dylanie. Największym z songwriterów.

Trzeba znać, nawet jeśli jest to album bardziej na zasadzie „Oto ja, zapamiętajcie moje nazwisko, bo już od następnego albumu będę wymiatał”.

 

najlepszy moment: IN MY TIME OF DYIN’

ocena: 8/10

Leave a Reply