rageman.pl
Muzyka

Led Zeppelin – Physical Graffiti

rok wydania: 1975

wydawca: Swan Song

 

Powolutku, krok po kroczku uzupełniamy omówienie dyskografii Led Zeppelin o kolejne pozycje. Tym razem LedZep „późny”.

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że tak jak o sile wczesnego Led Zeppelin decydowały jego albumy w ujęciu całościowym, tak późniejsza twórczość wygrywa głównie pojedynczymi kompozycjami. Innymi słowy – gdybym układał prywatny ranking najlepszych numerów LedZep, prawdopodobnie w większości okupowany byłby przez numery z płyt wydanych po 1973 roku (czyli od „Houses Of The Holy” począwszy). Jednak w przypadku analogicznego zestawienia najlepszych albumów tego zespołu wybór ograniczałby się wyłącznie do tych opatrzonych w tytule cyferkami.

Mówi się, że „Physical Graffiti” to jedyny album „późnego Led Zeppelin”, który poziomem dorównuje płytom z lat ’69-’71. Cóż… nie zgadzam się. Po pierwsze – moim zdaniem znacznie silniejszym kandydatem jest „Presence”, a nawet kontrowersyjnie eksperymentalny, wspominany „Houses…”. Ale nawet jeśli wykluczyliśmy oba te albumy z naszych dywagacji, to i tak miałbym spory problem z usadowieniem „PG” obok chociażby „III” (którą uznałem za najsłabsze ogniwo słynnej tetralogii).

W rozważaniach na temat jakości „PG” przede wszystkim należałoby zadać kłam stosowaniu w opisach tego dzieła takich terminów jak „rozmach”, „epicki” itp. Już nawet nie chodzi o to, że ten rozmach „PG” jest nie większy niż na „Czwórce”. Rzecz w tym, że jest on zwyczajnie… pozorny. Po pierwsze – „Kashmir”, przez pryzmat którego, z racji jego popularności (skądinąd słusznej, bo to najlepszy tu utwór), jest opisywana zawartość albumu, nie jest ani trochę reprezentatywny dla całości. Oczywiście zdarzają się tu równie rozbuchane fragmenty jak chociażby „In The Light”, ale są one w mniejszości. Zdecydowanie więcej tu hardrockowych petard pokroju „The Wanton Song” czy „The Rover” (szczególnie ten pierwszy kruszy stal swoim riffem sprzężonym z mocarną partią perkusji), czy retro rock and rolla („Boogie With Stu” zarejestrowane z klawiszowcem Rolling Stones’ów, Ian’em Stewartem). Oczywiście hard rock też może być rozbudowany formalnie, ale na poparcie tej tezy Page i spółka dawali już wcześniej lepsze dowody („Whote Lotta Love”, by nie szukać daleko). Znamienne, że znalazł się tu jeden z kilku zaledwie utworów, w których Page nie gra solówki (mowa o „Night Flight”). Nie aby obecność solówki była wyznacznikiem złożoności formy piosenki, ale…

Po drugie i najważniejsze – kwestia objętości wydawnictwa. Wśród odbiorców muzyki wciąż pokutuje przekonanie, że podwójny album (a potrójny to już w ogóle) = ambitne dzieło, tym samym jego ocena nie powinna schodzić poniżej pewnego poziomu – „bo się starali” (sam zresztą się przyłapuję na takim myśleniu). Figa z makiem. Przede wszystkim dlatego, że „Physical Graffiti” wcale nie był pierwotnie pomyślany jako podwójny album. Co więcej – panowie otwarcie się w dniu premiery przyznawali, że o objętości dzieła zadecydował fakt, że zarejestrowany specjalnie na ten album materiał przekraczał winylowe 45 minut, postanowili więc zrobić z niego podwójny krążek, upychając drugi dysk wcześniej niewykorzystanym materiałem. ODRZUTAMI w sensie. I nie trzeba patrzeć w opisy w książeczce, by przynajmniej w 80% trafnie wytypować te starsze kawałki. Oczywiście są wyjątki w obie strony – z jednej strony „Bron-Yr-Aur” z czasów „III” to perełka najlepiej pokazująca, dlaczego wielu uważa Page’a za znacznie lepszego gitarzystę akustycznego aniżeli elektrycznego. Ale np. w pełni premierowe opracowanie „In My Time Of Dying” (znany nam chociażby z omawianego wczoraj debiutu Dylana) to jedenaście minut może i fajnego jamu, ale spokojnie dającego się skrócić przynajmniej o połowę. Generalnie jednak odsłuch albumu przypomina podróż po wyboistej drodze. A może nawet po polu minowym – obcowanie ze średniactwem takich piosenek jak „Down By The Seaside” czy „Ten Years Gone” jest dość ekstremalnym doświadczeniem.

Jeśli założyć, że mamy do czynienia z  „normalnym” albumem z gratisowo dołączonymi b-side’ami to nie jest tak źle, a nawet bardzo dobrze. Ale nie ma co ukrywać, że takie podejście pokazuje, że miłość do muzyki bywa czasem ślepa. Bywa?

 

najlepszy moment: KASHMIR

ocena: 8,5/10

Leave a Reply