rageman.pl
Muzyka

In Memoriam: Adam MCA Yauch (5.08.64-4.05.12)

Lubię koincydencje występujące w przyrodzie codzienności. Moim zdaniem wprowadzają jakiś magiczny pierwiastek do tego naszego smutnego żywota. Są wyjątki jednakowoż. Np takie, kiedy rozmawiasz z ziomem (pozdrawiam Cię Alexie) o zajebistości jakiejś kapeli nieświadom tego, że właśnie świat obiega informacja o śmierci jednego z jej członków.

Nikt o zdrowych muzycznych zmysłach nie traktował Beastie Boys inaczej niż Kolektywu, wręcz Rapowego Monolitu. A jednak trudno nie dostrzec, że to MCA miał najbardziej kolorowy życiorys artystyczny z całej trójki. To on odpowiadał za reżyserię sporej części ich videoklipów, jak i koncertowego „Awesome; I Fuckin Shot That!”. To jego inni artyści zapraszali do produkcji ich albumów (Bad Brains). Wreszcie to on wniósł Buddyzm do świata Beastie Boys, co objawiało się zarówno w muzyce zespołu (najlepszym przykładem „Bodhisattva Vow”), jak i działalności koncertowej (seria koncertów Tibetian Freedom Concert) i co też ostatecznie przypieczętowało zerwanie z jajcarskim wizerunkiem utrwalonym w początkowych latach działalności. Przyznam też szczerze, że przez długi czas MCA wydawał mi się najbardziej wyróżniającym się członkiem BB tak pod względem wizualnym, jak i wokalnym, jako że dość długi czas miałem problem z odróżnieniem Mike’a D od Ad-Rocka. Wiem, wchodzę tymi spostrzeżeniami w rejony, gdzie zmarli wydają się nam chodzącymi ideałami. Ale wierzę, że sporo osób z większym dystansem do tematu ma podobne odczucia.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że tej historii jeszcze daleko było do finału. Pomijając oczywizm, że umieranie w wieku 47 lat to największa nienormalność z wszystkich nienormalności świata, to Yauchowi wciąż przecież nie groziła artystyczna emerytura. Nawet jeśli „The Mix-Up” wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, a fakt wydania „Hot Souce Committee Part 2” przeszedł obok nie mnie dość niepostrzeżenie, to wciąż trzy ani myślałem wygodnie rozłożyć ich wygodnie w szufladce „najlepsze lata mają za sobą”, do której trafiło tyle kapel nawet młodszych od nich stażem. ?Oczywistym jest fakt, że w tym momencie musimy już mówić o Beastie Boys w czasie przeszłym. Bo pozostała żyjąca dwójka ma za dużo oleju w głowie, by zastąpić Adama hologramem.

Przesłanie typu „artyści umierają, ale ich twórczość pozostaje nieśmiertelna” jest bardziej oklepane niż tyłki dziewczyn we wrzeszczańskim Hadesie, ale tu rzeczywiście nie pozostaje nic innego, jak zapuścić „Ill Communication” czy „Hello Nasty” na pełen regulator, by automatycznie uruchomić szereg wspominek. Pierwsze zetknięcie z klipem do „Intergalactic”, kiedy to nie pierwszy raz i nie ostatni zapragnąłem być kimś innym – a konkretnie jednym z tych trzech Żydo-Kosmitów, Najbardziej Cool Kolesi Na Planecie Ziemia. Utwierdzenie się w przekonaniu po obczajeniu u Martyny okładki do „Check Your Head” (niby zwykła okładka, a bossostwo aż ocieka z tych typów na okładce). Doznanie klipu do „Sabotage”, jednego z najlepszych – jeśli nie najlepszego – dzieł w dziedzinie teledysku. „Girls” jako hymn pierwszych konkretnych dialogów (że przeważnie nie przechodzących w czyn, kto by się przejmował) na linii chłopaki-dziewczyny na masową (tj ogólnolicealną) skalę (Toxic, I’m lookin at ya!). Koncert na Open’erze, wciąż plasujący się w prywatnym Top3 występów na tym festiwalu (do dziś skręca mnie z żalu, że ominąłem drugi, instrumentalny gig). And so on, and so on.

Spoczywaj w Pokoju, Adam.