rageman.pl
Muzyka

Alicia Keys – The Element Of Freedom

rok wydania: 2009

wydawca: J

 

Diametralna zmiana klimatu, choć zostajemy wciąż w roku 2009. O Alicii Keys nie było tu 3 i pół roku. Nadrabiamy.

Nie trzeba wielkiego wtajemniczenia by wiedzieć, że muzykę (a w sumie sztukę in general) trzeba nie tylko stworzyć, ale i wypromować. Muzykę można promować różnymi kanałami: radio, tv, czasopisma, itp. Jednak nic tak dobrze nie robi sprzedaży albumu jak dobry PR. Najlepszy jest jakiś mały skandalik, jednak nie każdy artysta chce iść na taką łatwiznę (inna sprawa, że nie każdy z nich wie jak taki skandal wywołać). Znacznie powszechniejszą metodą jest coś, co można pokrótce nazwać Kontekstem. Widzicie, dzieło nie może wisieć w próżni na zasadzie: wyszłem, poszłem, nagrałem, doszłem. To nudne, nawet jeśli przeważnie tak to wygląda. Lepiej brzmi: „ta płyta była nagrana w wyjątkowych bólach, wciąż się z Johnem i Brianem w studiu kłóciliśmy i dalsza przyszłość zespołu wisiała na włosku”. Albo: „po latach eksperymentów uznaliśmy, że jednak gitarowe brzmienie z naszej pierwszej płyty to jest to, co jara nas i naszych fanów”. Ciekawy kontekst nie tylko stanowi ciekawy materiał do wywiadu, ale też wywołuje u nabywcy albumu potrzebę zrozumienia dzieła, nawet jeśli tak naprawdę nie ma czego zrozumieć, a albumu słucha się słabo, bo jest słaby.

Nie inaczej jest z czwartym albumem Alicii Keys. „Poczułam że jestem wolna i mogę nagrywać co mi się żywnie podoba”. Wow, nietuzinkowa historia! I w sumie mógłbym dalej szydzić, do czego prowokuje także tytuł, gdyby nie dwie sprawy. Pierwsza: tą wolność naprawdę słychać, jeśli oczywiście potraktujemy ją jako synonim różnorodności. Druga, bardziej prozaiczna: ten album jest świetny.

Przepoczwarzała się, przepoczwarzała i oto jest. Choć już „As I Am” z 2007 roku dawał jasny sygnał, że czas przestać traktować Alicję jako przyspawaną do pianinka małolatę snującą smętne piosenki o złamanym serduszku. Że środek ciężkości przesuwa się z soulu do czystego popu. No i na „TEOF” dokonało się to w pełni. Świat się trochę na nią obraził za ten ruch, bo przecież to miała być „nowa, żeńska wersja Stevie Wondera”. Ale my, wielbiciele Dobrej Melodii, jaramy się niemożebnie.

Już za same dwie piosenki należy uznać ten album nie tylko za najlepszy w repertuarze AK, ale i jedną z najlepszych produkcji mainstreamowego popu ostatnich kilku lat. Obie genialne, dlatego mam spory problem z „Najlepszym Momentem”. Ostatecznie decyduję się na „Doesn’t Mean Anything”, choć tylko dlatego, że jego konkurenta chyba zbyt przekatowałem i powoli mi się przejadł. Numer ewidentnie z tej samej linii produkcyjnej co „No One”, ale linia wokalna jest przeprowadzona PRZEŚLICZNIE, dodając skrzydeł słuchającemu. Kapitalnie wzrasta też budowane przez aranżację napięcie – od jednostajnych uderzeń hiphopowego beatu sprzężonych z równie nieśpiesznym pianinem do żywej perkusji i feerii dźwięków klawiszy. No i przekaz mówiący o tym, po co szczęście, skoro nie ma z kim go dzielić. Banał, ale tu brzmi przekonująco na tyle, że zaczynam rozważać misję w Afryce. Cudo.

A jeśli chodzi o ów konkurenta… Słusznie osławionego: „Try Sleeping With A Broken Heart” to chyba najbardziej nietypowy track w jej repertuarze, no i w jakiś sposób symboliczny dla tej płyty. Tu nie ma nic z urban soundu. Czysto ejtisowa ballada, mająca tyle z Prince’a, co z… Roxette (nic nie poradzę, totalnie mi się kojarzy z „It Must Have Been Love”). Wysuwający się na przód aranżacji mocarny beat brzmi kozacko, ale unplugged wersja dostępna na youtubie pokazuje, że ten numer to pop-klasyk broniący się w każdej aranżacji.

Najważniejszym jednak argumentem ku takiej a nie innej końcowej ocenie jest to, że reszta płyty naprawdę trzyma przyzwoitą średnią i mam problem by nazwać jakikolwiek numer „wypełniaczem”. Prędzej mini-perełkami: bubblegum-popowy „This Bed” ewokujący „Do It” Nelly Furtado, podniosły „Wait Til You See My Smile”, „Un-thinkable (I’m Ready)” z background wokalami Drake’a i brzmiący jak soundtrack do uprawianego w głębi oceanu sexu (by nie było – to cytat), stricte fortepianowy „That’s How Strong My Love Is”, „Put It In A Love Song” lekko zdominowany przez gościnnie występującą tu Beyonce… Niby wymieniłem tylko połowę z 14 zawartych tu kawałków, ale mi to naprawdę wystarczy by dać taką a nie inną ocenę.

 

najlepszy moment: DOESN’T MEAN ANYTHING

ocena: 8,5/10

Leave a Reply