rageman.pl
Muzyka

Joy Division – Closer

rok wydania: 1980 (reedycja: 1992)

wydawca: CentreDate

 

Trudno cokolwiek wypowiadać się na temat tej płyty w oderwaniu od postaci Iana Curtisa, a w szczególności jego tragicznego finału. Dość naturalną tendencją jest, by w przypadku śmierci danego muzyka doszukiwać się w jego ostatnim dziele jakichkolwiek przesłanek –  może nawet ukrytych proroctw – zapowiadających przyszłą tragedię. Rozmaite płyty spotkał ten los – od „LA Woman” poprzez „In Utero”, na „Kinematografii” kończąc. Tyle że w zdecydowanej większości przypadków jest to najzwyczajniejsze wróżenie z fusów.

Z „Closer” jest inaczej. Wydana miesiąc po śmierci Curtisa, nagrywana zaś w finalnym stadium jego choroby (kilka dni po zakończeniu rejestracji miała miejsce jego pierwsza próba samobójcza). Ta płyta jest pożegnaniem ze światem. Przekaz tekstów jest tak czytelny, że trudno w jakimkolwiek stopniu dziwić się muzykom zespołu obwiniających się za brak jakichkolwiek ruchów, mogących wpłynąć na los lidera zespołu. Dość zrozumiałym wydaje się określanie się przez nich per „głupki”, które przekonywały wszystkich związanych w jakimś stopniu z zespołem, że to taki koncept literacki, poza.

Ale nawet jakby była to płyta instrumentalne, to wciąż miała by spore szanse na tytuł Najbardziej Depresyjnego Albumu w dziejach muzyki. Od pierwszej do ostatniej sekundy. W równym stopniu dzięki tak skrajnie żałobnie brzmiącym utworom jak „Eternal”, jak i „Isolation”, w którego brzmieniu klawiszy można upatrywać się ojcostwa wczesnego oblicza Depeche Mode. Ale może paradoksalnie dzięki tym pozornie pogodniej brzmiącym fragmentom, partiom instrumentalnym, smutek tej płyty tak trafia w sam środek tarczy na sercu. Tu nie ma rozdzierania szat, krzyków, tak dziś żenująco kojarzących się przez stado emo-wynalazków. Smutek, jakim przeszyte są te 45 minut muzyki, jest najgorszego przypadku, bo zrodzonego z depresji. Nie do wykrzyczenia, nie do wypłakania. I nie do uleczenia.

Na „Closer” wszystko jest posunięte do granic. Także w warstwach stricte muzycznych. Już pierwsze dźwięki plemiennej perkusji Morrisa w otwierającym całość „Atrocity Exhibition” każą zrewidować opinię o umiejętnościach bębniarza JD. To samo zresztą dotyczy Sumnera, w tym kawałku wydobywających taką kakofonię z gitary, że spokojnie może poczuwać się do odpowiedzialności za późniejsze poczynania takiego Sonic Youth chociażby. I cokolwiek bym nie powiedział chwalebnego o „UP”, to fakt jest taki, że każdy z 9 zawartych tu kawałków stoi na wyższym poziomie niż cokolwiek z debiutu, na każdej z trzech płaszczyzn – wykonawczej, aranżacyjnej i jednak też kompozycyjnej. Plemienność „AE”, budowanie napięcia w „Passover”, trans „Heart And Soul”, wyładowania w „Twenty Four Hours” – za dużo argumentów dostarcza ta płyta, by obiektywnie zakwestionować jej wyższość nad „UP”. No i „Decades”… Zamiast opisu, taka anegdota. Gdzieś wyczytałem, że Anja Orthodox planowała scoverować ze swym zespołem ten utwór przy okazji jakiegoś jubileuszu związanego z Joy Division. Ja nie chce zabraniać wokalistce Closterkellera uwielbienia dla Curtisa i spółki. Nie będę ukrywał jednak, że trochę mną wzdrygnęło na myśl, jak mogła by taka przeróbka brzmieć. Ale też i nie dziwi mnie ten wybór piosenki. Faktem jest, że kompozycje z „Closer” są tak bliskie granicy, że wszelka najmniejsza, nierozważna ingerencja gotyckiego bandu pchnęła by te piosenki w otchłań, w której czają się patos, pretensjonalność, groteska i inne synonimy gotyku. A „Closer” ani przez moment tej granicy nie przekracza. I to chyba w największym stopniu świadczy o jej geniuszu.

 

najlepszy moment: ETERNAL

ocena: 9,5/10

Leave a Reply