rageman.pl
Muzyka

Joy Division – Unknown Pleasures

rok wydania: 1979 (reedycja: 1992)

wydawca: CentreDate

 

Na wstępie przepraszam za kolejną niezapowiedzianą przerwę i falę rozpaczy, która z tego wyniknęła. No cóż, nie ukrywam – nie było dobrze. Ale znów jesteśmy, z nową energią. Ta prywata we wstępie jest tu także z innego powodu. Otóż soundtrackiem do tego niewesołego tygodnia była właśnie dziś omawiana płyta. Przesadą byłoby może twierdzić, że pomogła mi ten tydzień przeżyć, ale czuję wobec niej pewien dług wdzięczności. Poza tym kiedyś musieliśmy zająć się tematem Joy Division. Czas najwyższy.

Ta notka pewnie inaczej wyglądałaby jeszcze tydzień temu. Przez ostatnie 7 dni „UP” leciał na nieustannym repeacie, co zaowocowało lekkim przedawkowaniem i utratą dystansu. Na szczęście nie w takim stopniu, by kwestionować wybitność tego albumu. Czy większą od jego następcy, „Closer”? Kurczę, nie wiem. Wydany rok później album to monument, przygniatający swym perfekcjonizmem. „Unknown Pleasures” idealny zdecydowanie nie jest. O ile „Closer” fraza typu „ma to swój urok” praktycznie nie dotyczy, tak w przypadku „UP” zdarza się jej przeplatać z czystą, nie-do-zakwestionowania zajebistością.

Weźmy np takie partie instrumentalne. Stephen Morris nigdy nie był jakimś wymiataczem. I BARDZO dobrze. Ale są tu takie momenty, że nawet Charlie Watts, mistrz perkusyjnej prostoty, puknąłby się w czoło. Podobnie ma się sprawa z Bernardem Sumnerem. Gdyby grał tu człowiek stawiający bardziej na riffy aniżeli budowanie klimatu, to prawdopodobnie dziś nie rozmawialibyśmy ani o tej płycie, ani o Joy Division w ogóle. A jednak czasem zastanawiam się, czy w niektórych piosenkach te partie gitary nie mogłyby być bardziej charakterystyczne, czy to jest max jaki można było wycisnąć z tych utworów w aspekcie tego właśnie instrumentu. Z drugiej strony – jak wiadomo, lepsze jest wrogiem dobrego i tym zakończmy te wątpliwej jakości dywagacje. Natomiast nie przepuszczę Curtisowi. Ja wiem, o zmarłych mówi się dobrze albo w ogóle. Ale np taka końcówka „Disorder” zawsze każe mi się zastanowić drugi raz, zanim postawię go w jednym szeregu z Najlepszymi Wokalistami Rocka. Nie chodzi o fałsze, a raczej o hmmm wyczucie. Emocje emocjami, ale zdecydowanie wolę Iana w wersji (pozornie) chłodnej, nie wstrząśniętej, nie zmieszanej, a nie forsującej głos. Chlubny wyjątek – „New Dawn Fades”, mój top kawałek nie tylko na tej płycie, ale i być może w całej dyskografii zespołu. Tu każdy z muzyków wspina się na wyżyny możliwości, przez co aranż z tym swoim bogactwem w kontekście całej płyty trąci progrockiem jakimś. Przepiękność. No i ten Peter Hook, od dnia zero bezkonkurencyjny. Czasem mam wrażenie, że tak jak kapele deathmetalowe typu Vader nagrywają swe numery „pod” partię perkusji, tak fundamentem w przypadku „UP” jest właśnie bass.

Czyli „Unknown Pleasures” idealną płytą nie jest. I, paradoksalnie, ta nieidealność jest jednym z najważniejszym elementów obrazu „UP” jako płyty wybitnej. Tak właśnie! Zresztą, każdy kto wie o co chodzi w punk rocku zrozumie w czym rzecz. Fani JD wywodzący się z gotyckiego nurtu pewnie wstrzymali oddech na widok nazwy tego gatunku w kontekście ich naj-bandu. Ale warto przypominać historyczny fakt, że panowie z tego zespołu poznali się na koncercie Sex Pistols, a nie na Castle Party. I że przynajmniej na wysokości debiutu więcej było -punka niż postu-. Czego najlepszym przykładem chociażby „Interzone”, który swą motoryką spokojnie mógłby dowieźć panów aż do Jarocina.

No ale fakt, są tu też i takie rzeczy jak „Day Of The Lords”, z tym swoim monumentalnym refrenem idealnie skrojonym pod utrapione dusze koleżanek Anji Orthodox. A także mnóstwo zupełnie innych, dla początkujących w temacie zaskakujących tropów. Jeśli ktoś np zastanawiał się, co na soundtracku do „Control” robił Kraftwerk, po usłyszeniu „She’s Lost Control” powinien przestać mieć wątpliwości. Powszechnie wiadomo, że reszta muzyków JD nie podzielała fascynacji Curtisa zespołem The Doors, ale „I Remember Nothing” (ten dźwięk tłuczonego szkła – niesamowite, jak takie być może nieplanowane elementy potrafią „zrobić” piosenkę) zostawia słuchacza w dość podobnym miejscu, co „The End” słuchacza debiutu Morrisona i spółki. A „Disorder” zaś pokazuje, że nie tylko do „Love will tear us apart”da się tańczyć.

Takie pojęcia jak mrok, smutek, depresja i tym podobne niekoniecznie kojarzą mi się z czymś wartościowym w kontekście muzyki. Ale tak jak Pink Floyd odziera patos z pejoratywnego wydźwięku tego pojęcia, tak Joy Division robią to samo z całą rodziną słów mających coś wspólnego z tym co dołujące, wpędzające w marazm i depresję. I nawet całe zastępy mniejszych i większych epigonów już tego nie zmienią.

 

najlepszy moment: NEW DAWN FADES

ocena: 9,5/10

Leave a Reply