rageman.pl
Muzyka

Prince – Dirty Mind

rok wydania: 1980

wydawca: Warner

 

Wracamy do Prince’a.

Cóż, są kategorie, w których typ jest bezkonkurencyjny i praktycznie ściga się sam ze sobą. Także zgoła niemuzyczne. Np obleśność okładek. Wydawało się, że „Prince” jest ciężki do przebicia. A on to zrobił, zaledwie rok później. Trudno wyobrazić sobie inną okładkę, przy której cenzura byłaby tak pożądana.

W idealnym świecie obrzydliwość okładek szła by w ścisłej korelacji z jakością opatrzonymi nimi albumów, przez co bez żalu przepadałyby w otchłani zapomnienia, nie katując uszu ani oczu. Niestety w świecie w którym rządy sprawuje Książę „Dirty Mind” trzeba mieć na półce. Bo to pozycja klasyczna. W dyskografii jej autora (a mówimy o kolesiu, który wydał około 35 albumów, więc sprawa jest naprawdę poważna), ale też jeśli chodzi o te bardziej taneczno-popowe oblicze lat 80tych. W twórczości Prince’a miesza się połowa wymyślonych przez ludzkość gatunków muzycznych, ale jeśli myślimy o jego funkowym obliczu, to właśnie „DM” należy uznawać za jego sztandarowe osiągnięcie.

A w szczególności drugą połowę tego krótkiego, półgodzinnego albumu. To co się dzieje na wysokości wiązanki „Uptown”-„Head” to wręcz PIERDOLONY KOSMOS. Impreza na promie przemierzającym galaktyki, zakończona solidną orgią, będącą w stanie zaludnić każdą napotkaną po drodze planetę. Nawet jeśli ten drugi numer jest peanem na cześć miłości francuskiej, która, jak wiadomo, z przedłużaniem gatunku ma niewiele wspólnego. A na dobicie jeszcze półtoraminutowy, funk’n’rollowy strzał „Sister” i na grande finale „Partyup” o praktycznie wszystko mówiącym tytule. A przy okazji – ostatnio słyszałem opinię, że każdy funkowy kawałek brzmi tak samo, podobnie jak reggae. HMMMM. To nic, że idąc tym tropem można dojść do baniojebnego wniosku, że utwory w każdej danej stylistyce brzmią tak samo. Ale jeśli ktoś Wam przedstawi podobne zdanie, to wiedzcie, że prawdopodobnie rozmawiacie z człowiekiem, który narzekałby na imprezie Playboy’a, że wszystkie Króliczki są nudne i takie same. U know what I mean?

Ale wróćmy do płyty. Pierwszą połowę też generalnie oparto na funkowym fundamencie, jednak znajdziemy tu już pewne odstępstwa od reguły. Jak niby balladowy „Gotta Broken Heart Again”. Raczej nijaki, pokazujący, że tym razem Prince słusznie odpuścił sobie pop-melodie na rzecz rozkręcenia imprezy. Chociaż… No tak, „When You Were Mine”. Może ten klawisz mi trąci „Walk Of Life” Dire Straits (nie aż tak głupie skojarzenie, biorąc pod uwagę poprockowy duch kompozycji), ale nie zmienia to faktu, że jest obłędny, podobnie jak cała reszta aranżu. Ej, ten sielankowy motyw około 2:45, no ja nie mogęęęęęęęęęę.

Powiedziałbym, że jest to album warty posiadania go na półce. W związku z rozterkami z pierwszego akapitu zdecydowanie warto jednak rozważyć opcję pt. mp3.

 

najlepszy moment: UPTOWN

ocena: 8,5/10

Leave a Reply