Jesteś Bogiem
reżyseria: Leszek Dawid
Wydawało się, że dwoma notkami sprzed czterech lat, o „Kinematografii” i „Archiwum Kinematografii”, wyczerpaliśmy temat Paktofoniki. A jednak nie, historia doczekała się kontynuacji. I być może wzniosła popularność zespołu na poziom wcześniej nieosiągalny.
Przyznam, że miałem straszne obawy związane z tym filmem. Po pierwsze – nie ma co ukrywać, polscy filmowcy nie mają doświadczenia w kręceniu biografii muzycznych. Nie ma ich wielu, a jeśli już coś powstaje, to przeważnie za takie „współczesne” (odnosi się to także ekranizacji książek nie będących lekturami) tematy biorą się ignoranci i dyletanci, kierując się wyłącznie zyskiem wynikających z ich nośności. Co kończy się tym, że osoby, których bezpośrednio tego typu dzieła dotyczą, zupełnie się od nich odcinają. No i po drugie, najważniejsze – bagaż oczekiwań. Wiecie, ja na „Kinematografii” się wychowałem. I teraz pewnie coraz więcej osób, które nawet byście z hiphopem nigdy nie skorzyły, będzie tak mówić. Ale jeśli ktoś chce weryfikować prawdziwość tego wyznania, to niech spojrzy do archiwum tego bloga, zindeksowanego pod datą 2008 roku. Kiedy owszem, „Jesteś Bogiem” był w planach, ale tak odległych, że nie wiadomo było, czy dojdzie do jego realizacji.
Wracając jednak do pierwszej ze wspomnianych wątpliwości: w przypadku „Jesteś Bogiem” można mówić o swoistej przełomowości. Fokus i Rahim (nie trzeba tłumaczyć, ale jakby co – pozostali żyjący członkowie Paktofoniki) udzielili aktywnego wsparcia twórcom, mają symboliczny epizod w filmie, pojawili się na premierze filmu i w materiałach promujących. Jeśli robią dobrą minę do złej gry, to robią to w perfekcyjny sposób. Choć nie chce mi się w to wierzyć. Nie dlatego, bym nie podejrzewał ich o takie cyniczne zachowanie, ale dlatego, że nie mają ku niemu powodów. Bo „Jesteś Bogiem” to naprawdę dobry film. Choć, paradoksalnie, nie pozbawiony dość mocnych przekłamań i nagięć faktów. Ale o tym za chwilę.
To co mnie najbardziej pozytywnie zaskoczyło, to poziom gry aktorskiej. Trailer dostarczył mi kolejnych obaw, tym razem dotyczących głównych ról. Jako fan PFK nie przeżyłbym, gdyby Fokus komunikował się z otoczeniem sucharami rodem z seriali TVN’u, a Magik wyrażał emocjonalną głębię rodem z „Trudnych Spraw”. No i też dochodzi kwestia doboru aktorów do postaci pod wizualnym względem. Po seansie mogę z prawdziwą ulgą stwierdzić, że obawy były bezpodstawne. Ba, jestem pełen szacunu biorąc pod uwagę fakt, że w przypadku aktorów grających Magika i Rahima to debiuty na dużym ekranie (Tomasz Schuchardt grający Fokusa niby coś tam grał, ale głównie epizodyczne role). Największy brawami wypada obdarować Marcina Kowalczyka, za udźwignięcie odpowiedzialności, jaka wiązała się z wcieleniem się w Magika. Postać, jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, tragiczną, romantyczną. Skomplikowaną. I wciąż wzbudzającą emocję, czego zresztą sam ten film dowodem – bo nie oszukujmy się, że którykolwiek reżyser sięgnąłby po historię tego zespołu, gdyby nie koleje losu Magika. Wielki szacunek należy się tym bardziej, iż w przeciwieństwie do pozostałej dwójki aktorów musiał bazować na nielicznych archiwalnych nagraniach z Magikiem i rozmowach z jego najbliższymi. Czy Magik był dokładnie takim człowiekiem, jakim go widzimy na filmie? Pewnie nie, ale interpretacja jaką zaprezentował Kowalczyk naprawdę jest godna uwagi. Co ważne – nie wykluczająca prawa widza do uznania, że Piotr Łuszcz był zwyczajnym przepalonym mentalnym bachorem, ze względu na konsekwencje swego czynu (zostawienie nowo narodzonego dziecka bez ojca) nie zasługującym na taką filmową laurkę. Film nie daje odpowiedzi na to, dlaczego Magik odebrał sobie życia, podpowiedzi też są cokolwiek mętne. Ale też nie ma prawa takowych dawać, bo o śmierci Magika wiadomo znacznie mniej niż w przypadku podobnych czynów Cobaina czy Curtisa. Złośliwi pewnie powiedzą, że jaka subkultura, taka postać tragiczna. Ale to też ta możliwa błahość przyczyny samobójstwa Magika czynią go – przynajmniej dla mnie – znacznie bliższą postacią niż liderzy Nirvany czy Joy Division, których śmierci poświęcono osobne książki.
To było więcej niż oczywiste, że najwięcej ekranowego miejsca będzie poświęcone Magikowi. Ale krzywdą byłoby patrzeć na i oceniać film wyłącznie przez pryzmat jednej postaci, jednej roli. Bo np to co robi odtwórca roli Fokusa to też kapitalna sprawa. Może się wydawać totalnie krzywdzące, że Rahim został przedstawiony jako pizduś plastuś, mamisynek mający w kieszeni tylko tyle pieniędzy, by starczyło na bilet do rodzinnego Mikołowa. Ale niezaprzeczalnym plusem tego jest to, że dostarcza to paru komediowych momentów, działających dość orzeźwiająco. No i skoro sam Rah zaakceptował taką interpretację, to w sumie nie powinno być dyskusji. Czarnym aktorskim koniem uznaję za to Arkadiusza Jakubika, wcielającego się w rolę Gustawa, szefa „Kolos Records”. Postać wybitnie niejednoznaczna – z jednej strony jego rola wybiega daleko poza bycie wydawcą zespołu, w pewnym momencie będąc dla Magika niczym drugi ojciec. Ale też zdecydowanie potrafiący dbać o swoje finanse, co prowadzi do najsmutniejszej chyba sceny w całym filmie (no i nie zapominajmy o pominiętej w filmie historii związanej z wykorzystaniem „Ja To Ja” w reklamie lodów bez zgody Raha i Fokusa). A swoją drogą – znający temat PFK na pewno zwrócą uwagę, że nazwę wytwórni (w rzeczywistości Gigant Records) jako jedyną zmieniono na potrzeby filmu. A np taki Krzysztof Kozak z RRX jest przedstawiony z imienia i nazwiska…
I tu dochodzimy do kwestii zgodności historycznej. Wiem, to film. Wiem, mało który film biograficzny jest w 100 procentach zgodny z rzeczywistością. Dlatego są też zwane filmami fabularnymi, a nie dokumentami. Wiem, takie „podkręcenia” służą atrakcyjności filmów,a przecież „Jesteś Bogiem” nie jest skierowany tylko do fanów zespołu. Ale jednak dobrze zwracać uwagę na te przekłamania, bo zapewne spora część osób które zainteresują się muzyką Paktofoniki po tym filmie będzie opierać swą wiedzę o historii zespołu właśnie na podstawie filmu.
Zatem podkreślmy rzecz najważniejszą – przedstawiona historia zapoznania się Rahima, zwykłego szaraczka zafascynowanego Magikiem z jego idolem to wierutna bzdura. Po pierwsze – Rahim był już wtedy częścią kolektywu 3-X-Klan. Nie tak osławionego jak PFK czy K44, ale mającego swoją renomę. Po drugie i najważniejsze – Rahim wystąpił na „Księdze Tajemniczej.Prolog”. No chyba że Magik z przepalenia zapomniał o tym, z kim rymował na parę lat wcześniejszej płycie… Druga kwestia, na którą niedawno AbraDab zwrócił uwagę w wywiadzie dla Gazety Wyborczej – choć ją akurat ciężko zweryfikować – czyli problemy finansowe Magika. Jasne, muzycy alternatywni (a w tamtych czasach hiphop wciąż był dość undergroundowym zjawiskiem w Polsce) w naszym kraju nigdy nie zarabiali kokosów i raczej to sie nie zmieni. Ale trudno uwierzyć, by Magik po dwóch komercyjnie nieźle przyjętych płytach Kalibra 44 miał problem z uzbieraniem pieniędzy na studio nagraniowe czy prezent dla dziecka. Chyba że może rzeczywiście miał dosyć beztroskie podejście do pieniędzy? Nie do końca też wiem, skąd w filmie wziął się Kozak z RRX, przedstawiony w filmie jako najzwyklejszy gangster, skoro nic mi nie wiadomo o tym (ale też ekspertem w temacie PFK nie jestem) by trio kiedyś z nim współpracowało. No i nie dowiemy się też z filmu, dlaczego Magik odszedł z Kalibra 44. Choć sam dAb i Joka pokazani są przez chwilę, niestety w dość negatywnym świetle.
Ale all in all – to bardzo dobry film. Tylko tyle, ale chyba jednak aż tyle. Ze świetną grą aktorską, kapitalnie wplecionymi numerami PFK w fabułę i tylko incydentalnie przynudzający (choć też nie mam pojęcia, które sceny można by wyrzucić). Warty polecenia zarówno fanom PFK, jak i ludziom spoza kręgów, którzy wciąż nie wiedzą, że polski hiphop spod znaku złotych zebów i patologii to margines sceny. I naprawdę nie mam nic przeciwko, jeśli gimnazjaliści zakochają się w PFK po tym właśnie filmie. A wy czekaliście ze słuchaniem „Kinematografii” czy „Illmatica” do ukończenia osiemnastu lat?
najlepszy moment: EPILOG
ocena: 8,5/10
