Nas – God’s Son
rok wydania: 2002
wydawca: Ill Will
Równiutko rok temu zapodałem serię omówień czterech płyt Nasa. Czas na kontynuację wątku Króla Nowego Jorku.
Zaczynamy dokładnie, gdzie rok temu skończyliśmy. Na „Stillmaticu” Nasir Jones znalazł wreszcie idealną formułę na połączenie komercyjnych aspiracji i wierności hardcore’owym ideałom „Illmatica”. Nic, tylko płynąć dalej na tej fali. A jednak na „God’s Son” wyszło inaczej.
Warto podkreślić dwa ostatnie słowa poprzedniego zdania. Taki a nie inny charakter płyty został niejako narzucony Nasowy przez okoliczności. Przede wszystkim śmierć matki rapera, poprzedzona wielomiesięczną walką. W międzyczasie kolejne ciosy w jego kierunku wymierzał Jay-Z, nie robiąc sobie nic z zawieszenia broni, jakie wydawać by się mogło oczywiste w sytuacji, w jakiej znalazł się autor „Illmatica”. Reasumując – chłopak znalazł się na życiowym zakręcie. I „God’s Son” dobrze oddaje ten moment.
Ale trzeba wziąć pod uwagę także inny kontekst. Początek nowego tysiąclecia to był czas, kiedy hiphop dzięki takim indywiduom jak Ja Rule czy Nelly zmierzał w kierunku głębokiej dupy (w której koniec końców wylądował). Choć ponoć Nas chciał współpracować z wytwórnią tego pierwszego to chyba podskórnie czuł, że nie pasuje do tego towarzystwa.
Dlatego żadnego celowania w przeboje tutaj nie ma. Niech nie zmyli Was fakt, że wykrojony stąd „I Can” odniósł największy sukces na listach z wszystkich singli Nasa. Przedziwny to zresztą numer, o którym wciąż nie wiem co myśleć. Niby całkiem sympatycznie brzmią te dziecięce wokale (znacznie lepiej niż w takim „Hard Knock Life” Hovy), ale ten sampel z „Dla Elizy”… Jak niektórzy zapewne pamiętają, już w latach 90tych próbowano łączyć rap z poważką i nie było to fajne.
Sporo tu zresztą takich „niesinglowych singli”, „singlowych niesingli”. Kiedy uwodzący niczym „Liberian Girl” podkład połączy się ze ultra zmysłowym wokalem Kelis (wtedy małżonką Nasa) to nie ma innej opcji – musi wyjść z tego hit. A jednak „Hey Nas” stanowi zaprzeczenie tej reguły, choć melodię ma śliczną. Też mało kto wpadłby na to, że zaproszenie Alicii Keys (i to jeszcze w czasach, kiedy listy przebojów wciąż pamiętały słodki smak „Fallin”) może zaowocować odą na cześć… afrobeatu. A co powiecie na akustyczną balladę z udziałem 2Paca w „Thugz Mansion (N.Y.)?
Tyle dziwności na tej płycie się nazbierało, że prawie można przeoczyć, jak kapitalny beat wysmażył Eminem w „The Cross”. Albo to, że „Dance” to prawie poprockowa ballada (gdyby nie popadający w kicz refren byłbym autentycznie wzruszony). No i rzecz najważniejszą – że „Made You Look” to chyba pierwszy kawałek w post-Illmaticowej karierze Nasa, który bez oporów można by umieścić na trackliście tej legendarnej płyty. Oldskulowe monstrum!
Kiedyś wysnułem teorię, że poszczególne płyty Nasa pozwalają docenić ich poprzedniczki. I tak też powinno być z „God’s Son”, któremu „Stillmatic” zawiesił poprzeczkę cholernie wysoko. Ale kurczę, „GS” naprawdę nie daje logicznych powodów ku temu, by uznać ją za gorszą płytę. Bo co, że przebojowości brak? Nigga, please.
najlepszy moment: MADE YOU LOOK
ocena: 8/10