rageman.pl
Muzyka

Gars – Gruzy Absolutu Rewizja Symboli

rok wydania: 2012

wydawca: No Sanctuary

 

Gdańszczanie z Garsów idą za ciosem i rok po debiucie fonograficznym atakują z nowym wydawnictwem. W światowym showbizie taka częstotliwość to szaleństwo, a i w Polsce nie jest to rzecz oczywista. Ale nie dziwi ona tych, którzy na bieżąco śledzą poczynania chłopaków, czy to poprzez fejsbukowy profil czy w tzw realu. Zaangażowanie – słowo klucz. Ok, kwestia oczywista jeśli działa się w polskiej muzyce alternatywnej. Niemniej zawsze warto odnotować.

Dziwić może natomiast takie pozytywistyczne niemalże parcie do przodu w kontekście samego klimatu, jaką swoją twórczością roztaczają Garsi. Bo „Gruzy Absolutu…” to skrajna depresja. Soundtrack do leżenia cały dzień w łóżku i obmyślania scenariusza swego zgonu, bynajmniej nie poalkoholowego. Apatia większa niż u samej Apatii. Klimat, który – nie będę ukrywał – mnie przerasta i wytrąca z rąk wszelkie narzędzia obiektywnej oceny materiału.

Byśmy się źle nie zrozumieli – to jest na pewno płyta lepsza od debiutu. Na tyle, ile jestem w stanie ocenić po przestawieniu się na atmosferę tego krążka (co jest wybitnym dla mnie osiągnięciem biorąc pod uwagę, że ostatnio to mnie cieszy nawet wymiana opon zimowych). Lepsze brzmienie, na które jako osoba od mixów i masteringu wpływ miał sam Jack Endino, producent Nirvany (co na pewno okaże się pomocne w promoci płyty, ale z samymi zachwytami bym nie przesadzał – jakieś mega „mięcho” to to nie jest). Lepsze wykonanie – bez porykiwań niedźwiedzich, które były zmorą debiutu, za to ze sporą liczbą fajnych partii sekcji rytmicznej i gdzieniegdzie zaskakującymi, odchodzącymi od melancholijno-posępnego schematu zagrywkami gitar („010504” – wreszcie słyszę rzeczywiście echa Deftones’ów, na które z niezrozumiałych dla mnie powodów powoływano się przy poprzednim albumie). I przede wszystkim – lepsze aranżacje. Na „Gdzie akcja rozwija się” wydawało się, że każdy numer powstawał według tego samego schematu – sampel na dzień dobry, granie właściwe, sampel na do widzenia. Ok, tu też jest sporo tych sampli, także na początku piosenek, ale wydają się być całkiem przytomniej wplecione w fakturę kompozycji niźli to wcześniej bywało. No i sporo gościnnych występów. Punkowy wygar Marzeny z Empire w „111111”, śliczna wokaliza Asi z Kiev Office w „120399”, partię altówki, a nawet skromny udział Sielaka z Radia Bagdad w singlowym „270492” (swoją drogą – świetny pomysł z tytułami odnoszących się dat typu wejście Polski do NATO, UE czy podpisania ACTA). Elementy, które recenzenci lubią nazywać smaczkami, tutaj jawią się haustami świeżego powietrza, punktami zaczepienia dla wielbicieli różnorodności i melodii. Bo jeden „270492”, z nomen omen bardzo Radiobagdadowym początkiem, to dla mnie jednak ciut za mało.

Tyle tylko, że melodii i harmonii to ja mogę szukać na płytach, na których ktoś takowe elementy planował uwzględnić. A na „Gruzach” dostrzegam coś innego – perfekcyjną spójność. Może poszczególne elementy rażą pretensjonalnością (tytuł, okładka), trącą groteską (wciąż jednak wokal, ale hey – ostatnio poznałem człowieka, który uważa wokal Iana Curtisa za obrzydliwy), ale razem tworzą kapitalnie zintegrowaną całość . Która może u jednych wzbudzić fanatyczne uwielbienie, innych odrzucić bardziej niż wynalazki Comy, ale przynajmniej jest JAKAŚ. I to jest najważniejsze. I trzymania się tego kierunku życzę chłopakom.

 

najlepszy moment: 270492

ocena: 7,5/10

Leave a Reply