Idiothead – Free Market Music
wydawca: DIY
Dawno o polskiej muzyce nie rozmawialiśmy.
IdiotHead to nowa marka na muzycznej scenie, za którą stoją muzycy związani z Bipolar Bears i CO.IN. Wikipedia zresztą podaje, że „Idioci” to nic innego, jak kontynuacja drugiego z tych projektów. I o ile dobrze pamiętam ichniejszą muzykę, jako IdiotHead nie odbiegają zanadto od stylistyki wypracowanej wcześniej (i z którą Bipolarne Misie mają sporo wspólnego). To rockmetalowa, może nawet odrobinę numetalowa energia generowana przez nie tak do końca rockowe instrumentarium. Ten aspekt chyba najbardziej podoba mi się, jeśli chodzi o muzykę z tego kręgu towarzyskiego – stopień biegłości w obsłudze tej całej elektronicznej maszynerii tak wysoki, że ma się wrażenie, że chłopaki (i dziewczyna) mogą podążyć ze swoją twórczością w praktycznie każdym kierunku, nie znając ograniczeń na które skazane są zespoły opierające się na kombinacji wokal-gitara-bas-perkusja.
Czy rzeczywiście jednak podążają? Na pewno można określić tą muzykę mianem eklektycznej. Już otwierający całość „Mucus” zapowiada w jakimś stopniu, na jakich składnikach oparta będzie ta półgodzinna mieszanka. Kombinacje wokalne, przester gitary, szerokie spektrum elektronicznych więcej-niż-ozdobników, w których gąszczu gubi się beat generowany przez tradycyjną sekcję rytmiczną (podobno obecnej w składzie zespołu). Ok, może w porównaniu z Bipolar Bears ten pierwiastek rockowy jest wyraźniejszy, ale wciąż statystyczny recenzent „Teraz Rocka” bądź „Metal Hammera” może mieć lekki problem. Najlepszy punkt zaczepienia znajdzie w późniejszej części materiału – w „Karen Pommeroy” czy „Fucking Orthodox Piece Of Shit” pojawiają się tzw ewidentne pierdolnięcia (w przypadku tego drugiego, gdy toarzyszą im elektroniczno-syntezatorowe frykasy, całość niebezpiecznie zbliża się w rejony wynalazków pokroju Eris Is My Homegirl), a dla odmiany w „Delayed Molting” wkracza całkiem niezły Tool (choć wokalnie sporo tu też Cedrica Bixlera). Stopień oryginalności ciut się tu obniża, ale nie przesadzajmy – ekipa wystarczająco zapracowała na to, by takie porównania traktować wyłącznie w kategoriach chlubnych inspiracji.
Większym dla mnie problemem – i co też dotyczyło Bipolar Bears – jest to, że tak często melodia jest tu olewana. To chyba dobre określenie – sygnalizuje dość często swoją obecność (najbardziej w „Free Market Music”, singlowym zresztą i obecnym tu także w dwóch remixach), zwłaszcza w partiach wokalnych, a i tak panowie wolą oddawać się w ramiona zagęszczanych aranżacji. Nie mówię, koniec końców słucha się tego naprawdę dobrze, a jednak ciut żal…
Stając ponad tymi powyższymi obiekcjami – kawał dobrej roboty, której warto dać szansę.
najlepszy moment: FREE MARKET MUSIC
ocena: 7,5/10
