Azealia Banks – Fantasea
wydawca: DIY
Kobiety w rapie? Fakt, stosunkowo niewiele ich, także w porównaniu do innych gatunków. Ale wystarczająco dużo, by określenie rapu jako męskiej muzyki uznawać za objaw ignorancji. Faktem jednak też jest, że za rap zabierają się istoty z kruchością mające niewiele wspólnego, pewne swoich racji i, jak to się mówi, wiedzące czego chcą. A jednak coś się w ostatnich latach zjebało i o ile za forpocztę female rapu jeszcze niedawno uznawano Missy Elliot (czy wcześniej – Queen Latifah czy MC Lyte), tak dzisiaj kobiety w rapie utożsamiane są z Nicki Minaj czy matkę chrzestną jej kreacji – Lil Kim. Nie chcę w tym momencie kwestionować umiejętności artystycznych tych ostatnich. Ciężko nawet je same obwiniać. W końcu bez sexu dziś niczego się nie sprzeda – także muzyki. Tyle że w tym przypadku ta seksualność bliżej ma do „Wampa” niż „Playboy’a”. I to jest problem.
Gdzie na tej skali lokuje się bohaterka dzisiejszej recenzji? No cóż, lubi mówić o swoim biseksualiźmie, a i przypuszczalnie niewiele ma w szafie swetrów czy golfów. A jednak ma się wrażenie, że jakiekolwiek elementy tzw. dziwkarskiego sztafażu nie są tu potrzebne, że mogą tu służyć jedynie jako element uwzględniony jedynie dla *zgrywy* czy zabawy, a nie jako fundament wizerunku gwarantujący odpowiednio wysoką sprzedaż. Podobnie jak u M.I.A., tyle że bez egzotyki i zbędnego politykowania. Z tą koleżanką łączy ją też najbardziej interesujący nas tu aspekt – obie ewidentnie ogarniają, o co chodzi w muzyce.
Wydany w wakacje mixtape jest tego dowodem, pokazującym jednocześnie, dlaczego to Wielkia Brytania wpierw poznała się na tej pochodzącej z Harlemu dwudziestolatce. Podczas gdy Stanach łączenie rapu z elektroniką stało się domeną badziewiarzy pokroju Pitbulla, w UK wciąż jest to postrzegane w wizjonerskich kategoriach. Nawet jeśli grime – bo o nim tu głównie mowa – swoje najintensywniejsze 5 minut ma już za sobą. Dosyć symboliczny jest fakt, że wśród gości na mikstejpie znalazła się zarówno reprezentantka grime’u – Shystie – jak i Styles P, którego Ruff Ryders rządzili mainstreamem amerykańskiego rapu 10 lat temu. To świadectwo zarówno pewnego zawieszenia pomiędzy dwoma największymi rap rynkami globu, ale też i nieszablonowości myślenia o rapie także w kategorii featuringów – wszak obie te ksywy w 2012 roku znaczą niewiele.
Inna sprawa, że nie tyle o rapy (choć Banksówa ma flow które naprawdę ryje banię) tu chodzi, a o podkłady. A tu akurat zebrano ekstraklasę rapowych producentów z otwartymi umysłami. Diplo, Machinedrum, Drums Of Death – to przecież producenckie gwiazdy, których pseudonimy kojarzone są niekoniecznie tylko przez tych, którzy lubią wczytywać się w creditsy. Daruję sobie wymienianie składników zawartej tu mieszanki stylistycznej – nieraz wspominałem, że w temacie elektroniki wciąż jestem laikiem. Może tylko dodam, że zapożyczenie podkładu z „Out Of Space” w identycznie zatytułowanym tu kawałku otwierającym tracklistę też należałoby uznawać za symboliczne. Rytmiczny rozpierdol („Fucked Up The Fun”) sąsiaduje z trackami niemalże progresywnymi („Esta Noche”), a nawet jeśli tu i ówdzie przemyka całkiem przytomna melodia, to nigdy nie ma to nic wspólnego z ostatnimi hitami z Eski.
Może nigdy nie będę szedł w pierwszym szeregu fanów takiego oblicza hiphopu (nawet jeśli to raczej jego obrzeża), to propsy zawsze ode mnie polecą. Nie przegapcie.
najlepszy moment: LUXURY
ocena: 8/10
