The Clash – Combat Rock
rok wydania: 1982 (reedycja: 1999)
wydawca: Columbia
Tak jak wspomniałem – kontynuujemy wątek The Clash.
Co było po „Give 'Em Enough Rope”? „London Calling” oczywiście, które już mamy omówione, a także „Sandinista!”. I choć już „London Calling” ukazywał Brytyjczyków jako zespół lubiący eksperymentować, to „Sandinista!” stanowił dobitny argument ku temu, by nie obrażać ich jakimkolwiek szufladkowaniem muzycznym, używając w ich kontekście terminu „punk” jedynie w kategoriach światopoglądowych. Problem jednak z „Sandinistą” był taki, że o ile dwie płyty winylowe, na których był zawarty „London Calling” (wydanie CD udało się upchnąć na jednym krążku) łykało się jednym tchem i bez popity, tak trójpłytowość jego następcy stanowiła spore wyzwanie. Pojawiają się głosy, że przy lepszej selekcji otrzymalibyśmy jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy album The Clash. Bardzo możliwe. Być może otrzymalibyśmy coś na poziomie „Combat Rock”. Esencję eklektyzmu i bezgranicznej wyobraźni Strummera i spółki.
Nie ogarniam, ile tu się dzieje. Choć zaczyna się zachowawczym brzmieniowo (choć kompozycyjnie genialnym) strzałem „Know Your Rights”, tak im dalej w las, tym dalej od nie tylko punkowych, co nawet rockowych terytoriów, aż w pewnym momencie zupełnie znikają z horyzontu. Przecież taki „Overpowered by funk”, utrzymany w wiadomej stylistyce, to spokojnie mógłby się znaleźć na płycie Prince’a jakiegoś (i być może był nim inspirowany, choć nigdy nie zostało to powiedziane – ale nie da się ukryć, że to on pokazał kilka lat wcześniej, że muzycy stawiający ponad wszystko gitary też mogą się w tej stylistyce odnaleźć). Warto odnotować wokalny udział w tym kawałku grafficiarza Futura 2000, który współpracował z zespołem także na koncertach, wykonując malunki „na żywo” pod wpływem muzyki – kolejny dowód zainteresowania angielskich punkowców hiphopową kulturą. W tym okresie zresztą Strummer i spółka dość solidnie bratali się z amerykańską sztuką – do „Ghetto Defendant” został zaproszony sam Allen Ginsberg, recytujący mantrę. Jakby tej amerykanizacji (czy nawet konkretniej „nowojorskości”) było mało, w „Red Angel Dragnet” wpleciono cytaty z „Taksówkarza”…
Tak na dobrą sprawę w temacie różnorodności można tu praktycznie każdy numer wymienić. „Sean Flynn”, ze swoją otwartą, praktycznie progrockową formułą, otwierał nóż w kieszeni niejednego punkowca (na dobicie uwzględniono tu saksofon, mocno trącący smooth jazzem czy późnym Dire Straits). A przy „Death Is A Star” to nawet ja wymiękam – choć może dlatego, że akurat w tej plumkaninie z melorecytacjami nie potrafię się dopatrzeć czegoś więcej ponad rolę wypełniacza. Dlatego przejdźmy do fragmentów najlepszych:
„Straight To Hell” – dziś, w dobie poppunkowców pokroju Green Day, mariaż punku z balladowym klimatem nie powinien dziwić. Ale czy przed ’82 rokiem ktoś mógłby przypuszczać, że w punkowym gatunku powstanie utwór autentycznie przejmujący? A taki jest właśnie „Straight To Hell”, choć niby w samej kompozycyjnej konstrukcji nie ma tu nic „zamulastego”. A jednak troszku się oczko poci mi, jak to słyszę.
„Should I Stay Or Should I Go?” – chyba jednak najlepiej kojarzony przez masy utwór The Clash, choć niekoniecznie ma to związek z muzyką. No ale ta reklamówka Levis’a naprawdę była niezła. No i sam numer to potęga – może zrobiony nie do końca serio (te chórki hiszpańskie!), konstrukcyjnie trącący cepem, a jednak raz usłyszana ta zagrywka gitarowa nigdy już nie wyjdzie z głowy. Plus wartość sentymentalna – to dzięki wspomnianej reklamie pierwszy raz zetknąłem się z The Clash. I tu o zabawnym (przynajmniej dla mnie, sorry jeśli suchar) zjawisku muszę wspomnieć: w piosence śpiewa, co nieczęsto przecież się zdarzało, Mick Jones. Co widać też w charakterystycznym teledysku, który także dość mocno zapadł mi w pamięć w szczenięcych latach. Na tyle, że przez dłuuuugi czas byłem przekonany, że to właśnie ten śpiewający w teledysku koleś jest osławionym Strummerem, mastermindem the Clash. I do dziś, patrząc na fotki zespołu, myśląc o Strummerze mimowolnie kieruję wzrok na facjatę Jonesa.
„Rock The Casbah”. Krótko – najlepszy numer The Clash. I kolejny paradoks – wyjątkowo jego autorem nie był ani Strummer, ani Jones, a Topper Headon. To on wymyślił GENIALNĄ partię pianina, a także ją zarejestrował wraz z basem oraz oczywiście perkusją. Znacie numer, który bardziej buja, zgarniając tytuł kulminacji parkietowego szaleństwo na każdej imprezie na której poleci? Bo ja nie. I ani myślę szukać, bo po co. „Rock The Casbah” to CZYSTA PERFEKCJA, w każdym elemencie (nawet ten 8-bitowy motyw w tle!), w każdej sekundzie.
Przecudne zwieńczenie kariery. Szkoda że oficjalnie nim jednak nie było. Ale o tym w następnym odcinku.
najlepszy moment: ROCK THE CASBAH
ocena: 9/10