rageman.pl
Muzyka

Tori Amos – The Beekeper

rok wydania: 2005

wydawca: Epic

 

Lubię te charakterne Panie, od lat podążające własną drogą. Songwriterki, które zachwycają głosem, muzyką i osobowością. Björk, Nosowska, Fiona Apple… i Tori Amos.

Tutaj akurat omawiamy płytkę z 2005 roku. Ostatnio Tori wydała nowy album, „American Doll Posse”, niestety nienależący do najsilniejszych w jej dyskografii. I chociaż powolutku się przekonuję do „The Beekeeper”, to nie ma co ukrywać – ta płyta też nigdy nie będzie uznawana za jej opus magnum.

Jest to druga płyta wydana dla Sony Records. Czy ma to znaczenie? Niby nie, ale dziwnym przypadkiem zmiana wytwórni pociągnęła za sobą lekką zmianę wizerunku. Niby wszystko jest w porządku – jedyny w swoim rodzaju głos Tori, pianino, delikatnie zaznaczająca swoją obecność sekcja rytmiczna. Ale… brakuje mi w tym wszystkim rockowego pazura. Brakuje mi tekstów, wstrząsających i trzepiących po bani. Brakuje mi Tori, poetki wśród rockmanów. Przyjaźniącej się z Maynardem Keenanem, śpiewającej z Trentem Reznorem i coverującej Slayera. Już poprzedni album, „Scarlet’s Walk”, niepokoił. Muzycznie było cudnie, ale zawartość digipacka mogła wystraszyć. Naklejki, breloczki i tego typu pierdoły. Marketing nacelowany na nastoletnie dziewczyny, „troszkę ambitniejsze” od rówieśniczek słuchających Rihanny lub Nirvany? „The Beekeeper” ten niepokój pogłębia. Bo ma się wrażenie, jakby ta kampania marketingowa wdarła się do samej muzyki. Przyjemnie, przyjemnie, ultraprzyjemnie jest w tych piosenkach. Nawet jeśli jest bardziej emocjonalnie w paru momentach, to i tak jest przyjemnie. A przecież muzyka Tori dostarczała nie tylko czystej przyjemności. To były także wzruszenia, poruszenia, niepokoje, czasem było nawet wstrząsająco, zwłaszcza w okresie „Me and a Gun”. Ja rozumiem, że teraz pani Amos jest szczęśliwa, cieszę się jej szczęściem. Nie życzę jej źle, ale niestety okazuje się, że to szczęście w artystycznym kontekście jej nie służy.

Jestem mimo wszystko polubić ten nowy kierunek, bo np. „Scarlet’s Walk” jest jednym z moich naj albumów pani Tori. Ale kurcze jego mać, dziewiętnaście numerów, siedemdziesiąt dziewięć minut muzyki. A tym cięższa to dawka do strawienia, gdy materiał do najbardziej przebojowych i chwytliwych nie należy.

Szkoda że wrażenie jest takie, że to co wyszło najlepiej na tym albumie, to zdjęcia Tori. What I can I say, przepiękna kobieta. W kategorii artystek płci żeńskiej tylko Nosowska może z nią konkurować.

„Tylko wiarygodny jest artysta głodny” śpiewał Kazik. Fakt, że na „American Doll Posse” Tori wzięła się za krytykę Ameryki, może rzeczywiście świadczyć o tym, że sama wie, że ciężko przełożyć szczęście prywatne na fajne piosenki. Nie jest źle na „The Beekeeper”, ale nie będę jakoś mega często do tej płyty wracał, tak mnie się wydaje.

 

najlepszy moment: THE POWER OF ORANGE KNICKERS (feat. Damien Rice)

ocena: 5/10