Słoń
reżyseria: Gus Van Sant
Gus Van Sant to dosyć nierówny reżyser. Albo potrafi nakręcić arcydzieła typu „Buntownik z wyboru”, „Za wszelką cenę” czy „Moje własne Idaho”, albo totalne kupy jak „Psychol” czy „Forrester znaleziony”. Jego filmy nie są może jakieś ultracharakterystyczne, ale przewijającym się motywem jest młodzież, wchodzenie w dorosłość, konfrontacja z problemami czasem zupełnie nie mającymi nic wspólnego z „tradycyjnymi problemami nastolatków”. Jeśli więc ktoś miał zekranizować tragedię, w której idylliczna, niezagrożona brutalnością i bezsensownością śmierci młodość została bestialsko pogwałcona, to Van Sant był naprawdę dobrym wyborem.
Oczywiście tragedia o której mowa to masakra w Columbine High School, podczas której dwóch nastolatków postanowiło zabawić się w „Dooma” czy inny „Duke Nukem”, wtargając do szkoły z bronią palną i strzelając do wszystkich którzy popadli. Trzynaście osób zabitych, dwa razy tyle osób rannych, trauma całej reszty na całe życie i niekończąca się dyskusja na temat brutalnych gier, muzyki inspirującej do takich czynów i dostępu do broni.
Intrygujące, jak w tym filmie mało odautorskiego komentarza. Zupełne przeciwieństwo mówiących o tej samej tragedii „Zabaw z bronią” Michaela Moore’a, który był jednym wielkim manifestem poglądów, z licznym naginaniem faktów. Tu nie ma prawie wcale żadnych komentarzy, bo nie ma prawie wcale dialogów. No i w sumie to nie dziwi. Bo o czym mają mówić główni bohaterowie tego filmu, którzy żyją nauką, kompleksami, imprezami i zakupami? O czym nadzwyczajnym mają mówić, skoro ten dzień dla nich był totalnie zwyczajnym dniem? „Zaprzyjaźniamy” się z nimi więc nie poprzez wysłuchiwanie ich poglądów, a nienaturalnie długie ujęcia z nimi w roli głównej. Na początku zaskakuje i irytuje, gdy kamera przez parę minut podąża za jednym z uczniów, ale potem się przyzwyczajamy. I nie dziwimy. Nic nie mówią nadzwyczajnego, nic nie robią nadzwyczajnego. Inaczej się nie da pokazać zwyczajności (do pewnego momentu) tego feralnego dnia.
Od reżysera tej klasy co Van Sant nie spodziewałem się stereotypowości rodem z reklamówek LPR. Nie mamy więc dwóch psycholi słuchających Marilyna Mansona i z pentagramami na ścianach pokojów. Zamiast tego jednego z nich widzimy, gdy dręczony jest przez kolegów ze szkoły. Wraca do domu, by „wyładować się” grając na fortepianie „Dla Elizy”. Na ścianach widzimy obrazy. Zaskoczenie? Nie. Gdy w tiwi leci film o Hitlerze, nasi przyszli mordercy nazywają jego wyznawców czubkami.
Ale w pewnym momencie zaczynają grać na kompie w „strzelankę”, by po chwili wejść na stronę typu Allegro i zamawiają sobie karabiny. Jedni w tym momencie mogą pomyśleć, że reżyser nie wytrzymał i w końcu zaczyna oskarżać. Ale… czy to nie jest paranoja, że w tym kraju broń można zakupić w ten sam sposób jak chleb czy ubranie? A dostawca z typowym amerykańskim uśmiechem na gębie wręcza nastolatkowi przesyłkę od guns.com i żegna „have a nice day!”? Czy to nie jest paranoja, że nikt nie kontroluje tego, czy to aby nie jest niebezpieczne, by nastolatek młócił namiętnie w grę, w której nie chodzi o nic innego jak o zabijanie?
Jeśli miałbym rzucać kamieniem, to w te same strony co robi Van Sant. Ale tytuł filmu w tym momencie nie jest bez znaczenia. Choć być może to nadinterpretacja, ale kojarzy mi się z przypowieścią buddyjską o ślepcach, co obmacywali słonia i wyciągali wnioski typu że jest jak ściana czy coś tam. No, takie indukcyjne bzdurzenie. I właśnie chyba reżyser tym tytułem nas tak samo ostrzega, byśmy nie byli jak ci ślepcy. Że problem jest zbyt złożony, by wskazywać konkretnych winnych.
Bardzo dobry, piękny w formie, wstrząsający w treści film.
najlepszy moment: CAŁOŚĆ
ocena: 7,5/10
