Bjork – Volta
wydawca: One Little Indian
O ja głupi! Jakże mogłem w Nią zwątpić, że nagrała słabą płytę! Jak ja mogłem nie docenić tego albumu.
Bo problem z Muzyką jest taki, że jak nas Artysta do czegoś przyzwyczai, to każde odstępstwo od reguły uznamy za niepokojące, za kryzys, żeby nie powiedzieć – zdradę. Najbardziej to przejebane mają muzycy AC/DC, bo gdyby nagrali coś wybiegającego poza schemat banalnego numeru opartego na jednym riffie i schemacie zwrotka-refren, to by ich rzesze fanów żywcem zjadły. Od takiego Toola z kolei oczekuje się, że każda płyta to będzie wymyślanie prochu, rewolucja w muzyce. I nagle nagrywają „10,000 Days”, które można by nazwać na upartego „Lateralus 2″, i od razu wielki raban i odwrót od zespołu „tru hardkor” fanów.
Nie inaczej jest z Björk. Każdy oczekuje od pani z Islandii, że będzie coraz elitarniej, coraz kunsztowniej, coraz trudniej. I nagle jak grom z jasnego nieba spada w czerwcu ubiegłego roku „Volta”. I szok fanów i palpitacja serca u co wrażliwszych, że przy numerach Babsi znów da się tańczyć.
Przyznam, że ja też na początku byłem zawiedziony. Że nic nowego, że wręcz – o zgrozo – komercja. Tyle że Muzyka to nie tylko dźwięki. Ale także artysta. I tak jak próbujesz zrozumieć dźwięki, tak trzeba czasem i zrozumieć artystę, bo czasem bez tego nie da się zrozumieć dźwięków. Bo co po „Medulli” (i na dobitkę soundtracku do „Drawing Restraint 9″) można było nagrać? Czy można było jeszcze bardziej posunąć granice eksperymentu? Pewnie maniacy by się cieszyli, nawet gdyby za podkłady na następnym albumie miałyby służyć szum morza i odgłosy ogniska. Ale może sama Artystka nie widziała rozwiązania tego problemu? A może – przede wszystkim – czuła, że ma dosyć eksperymentu?
Taki też wniosek można wysnuć, czytając wywiady z Boginią. Że chodziło, by znów muzyka poruszyła ciało, nie tylko duszę. No i teraz, już nie tylko obiektywnie, po wysłuchaniu i przeanalizowaniu albumu mogę przyznać – plan zrealizowany. W 1000 procentach.
Posłuchajcie otwierającego album, singlowego „Earth Intruders”. Posłuchajcie, jak ten podkład kipi od pomysłów, od dźwięków. Jaką różnorodność w sobie zawiera, jako ta tytułowa ziemia, co to co dzień zachwyca nas swym bogactwem. Kto by pomyślał, że za tak poetycki w swym opisie podkład będzie odpowiadał sam mój prywatny miszczunio Timbaland. Krytykom, co to się załapali tylko na hity z MTV, przypominam – ten pan już wcześniej miał na koncie współpracę z mniej lub bardziej nietypowymi wykonawcami pokroju Beck, Limp Bizkit czy Duran Duran. I w tym widzę jego wyższość nad np. The Neptunes, nakierowanymi na stricte „czarne rytmy”.
Chłopak podołał. Bo zarówno w przypadku EI, jak i pozostałych dwóch jego kawałków na „Volcie” – „Innocence” i „Hope” – nie ma mowy o zdradzie. Z obu stron. Timbo zapodał swoje charakterystyczne, pogięte rytmiczne basowe popiardywania okraszone smaczkami aranżacyjnymi, a Björk idealnie wtopiła się w nie swoim anielskim głosem. Ale przecież muzyka na „Volcie” to nie tylko pan Mosley. To także stały współpracownik Mark Bell, odpowiedzialny za dwa numery (w tym „Declare Independence”, o którym za moment). To oczywiście też Björk, której kompozytorsko jednak chyba najbliżej do tego, co zaprezentowała na „Homogenic”, ewentualnie „Vespertine”. Za skojarzenia z tym ostatnim krążkiem odpowiadają tradycyjni, ultraegzotyczni muzycy, których Babsi hurtem ściąga na swe płyty.
Skoro zaś o gościach mowa. Mamy też wokalne featuringi, do których Björkówna ma ostatnio szczęście. Mike Patton, Mike Patton, goszczący na „Medulli”, to osobnik który wysoko zawiesił poprzeczkę. Pan Antony z Antony and the Johnsons, choć reprezentujący zupełnie inną bajkę, podołał zadaniu. W zamykającym płytę „My Juvenile”, ale przede wszystkim w…
…„The Dull Flame of Desire”. Jednej z najpiękniejszych pieśni o miłości. Ponad siedem minut, na początku minimalistyczny, dostojny podkład, z którego coraz głośniej przebija, podbudowujący napięcie perkusyjny rytm, wybuchający pod koniec w całej okazałości. Coś pięknego. A to co Björk i Antony robią tutaj wokalnie… No, inaczej niż „spotkanie na szczycie” określić się tego nie da. Dwa anielskie głosy, które po latach poszukiwań wreszcie się odnajdują na ziemi.
A z zupełnie innej bajki jest drugi hajlajt tej płyty. „Declare Independence”. Peaches spotyka speedcore. Najagresywniejszy kawałek w dyskografii Björk. Totalny zabójca na żywo. Kto był w Babich Dołach w tamte wakacje, ten wie o co chodzi.
Mógłbym tak pisać i pisać o tej płycie. Już czuję ból w paluchach i przeczuwam, że wy odczujecie podobny w oczach, czytając moje wypociny, więc podsumuję: pani Björk nie zaskoczyła tutaj. Wymieszała po prostu efekty swoich dotychczasowych poszukiwań. Mnie przede wszystkim cieszy brak zaskoczenia, jeśli chodzi o poziom płyty. Znów ultrazajebiście.
najlepszy moment: THE DULL FLAME OF DESIRE (feat. Antony Hegarty)
ocena: 7,5/10
