Nosowska – Unisexblues
rok wydania: 2007
wydawca: QL Music
Myślę, że klonowanie, zwłaszcza ludzi, to zły pomysł i prawdopodobny zalążek zagłady ludzkości. Jeśli jednak doszłoby do tego, że klonowanie byłoby na porządku dziennym, i gdyby było tak, że można by sobie kogoś sklonować i mieć takową kopię na własność, to ja poproszę tylko o jedną. O kopię Kasi Nosowskiej.
No dobrze, ale my tutaj nie o niespełnionych miłościach będziemy. Tym bardziej, że to zagadnienie mogłoby zająć parę megabajtów internetowej przestrzeni, co zresztą każdego czytającego tego bloga by nie zdziwiło. Ja wam po prostu chciałem opowiedzieć o płycie pewnej. Nie mam pomysłu na jakieś refleksyjno-egzystencjalne notki i raporty z mijających dni, a notki o muzyce wypluwa mi się dosyć szybko i przyjemnie. Dlatego też taki od jakiegoś czasu mam pomysł na tego bloga. Sorry, Winnetou.
Więc oto mamy najświeższe, bo zaledwie z maja tamtego roku, dokonanie solowe Kasi Nosowskiej. Czwarte. I najbardziej odmienne od reszty dyskografii. Właściwie biorąc pod uwagę również najdłuższą jak dotychczas przerwę w jej solowych poczynaniach, można mówić o nowym starcie wręcz.
W wywiadach Nosowska mówiła, że główne założenie przy powstawaniu nowego krążka było jedno: koniec współpracy z Andrzejem Smolikiem. Nic personalnego, po prostu według niej brzmienia z poprzednich płyt nie przetrwały próby czasu. Moim zdaniem troszkę przesadza, ale faktem jest – dobrze, że na „Unisexblues” nie dominuje znów Smolik. A to dlatego, że już więcej w temacie narzuconym przez tego pana powiedzieć by się nie dało. Poza tym takie dźwięki bardziej pasowały do „tamtej” Kasi. Zbuntowanej, troszkę nawet kontrowersyjnej, starającej się być wręcz „antykobieca”, wszystko by przysłonić fakt pewnego zagubienia w życiu osobistym. A teraz? Kasia szczęśliwa, Kasia zakochana w swoim Pawle, Kasia pięknie wyglądająca, Kasia która nikomu nie musi nic udowadniać. I też przy okazji Kasia – wokalistka znów całkiem nieźle prosperującego Heya. Który jakiś czas temu odkrył, że fajnie jest grać rockowo, ale w wersji light, akustycznie, przebojowo, może nawet trochę z dryfowaniem w krainę indie. Taplanie się więc po raz kolejny w przytłaczającej, neurotycznej elektronice byłoby nie tylko nieświeże, ale i nie na miejscu. Trzeba było inaczej. Trzeba było obrać innego patrona płyty.
Wkroczył do akcji Marcin Macuk. O którym już pisaliśmy nie raz i nie dwa tutaj. Bo Pogodno, bo parę podkładów na „Puk Puk”, ale przede wszystkim MTV Unplugged Heya. Gdzie potwierdził swój geniusz, który objawił się w pełnej krasie właśnie na „Unisexblues”.
Ten koleś jest mistrzem. Po prostu. Aranżacyjnym wizjonerem. Człowiekiem, który każdy dźwięk wydany na tej planecie mógłby zaprząc do podkładu piosenki. Czy to będzie gwar miasta, czy stukot obcasów. Przy tym wszystkim nie zapominając o tym, że najważniejsza jest Muzyka. Czyli melodia.
Bo przecież na „Sushi” też mieliśmy bogactwo aranżacji. Ale na tamtej płycie wszelki przejaw chwytliwości był rzeczą bez precedensu. Na „Unisexblues” takich problemów nie ma. Tylko podział na absolutne hity, od razu wpadające w ucho piosenki i takie, do których trzeba będzie parę razy wrócić, by móc je zanucić.
Wielkość tej płyty polega na realizowaniu nadrzędnych celów, jakie powinny przyświecać każdemu artyście zajmującemu się tą działką rozrywki. Melodie w niebanalnych aranżacjach. Ma zachwycać całokształt, jak i każdy dźwięk z osobna. Do realizacji tego celu spółka Nosowska/Macuk namówiła niemałą gromadkę muzyków. Kogo tutaj nie mamy. Marcin Bors, „rezydent” studia Fonoplastykon, gdzie rejestrowano część materiału, co mocno słychać. Tradycyjnie Leszek Kamiński, który niezbyt mocno, ale jednak przysłużył się produkcji albumu. Pogodno crew – Budyń napisał piękny tekst do „Kasistet romans”, a Jarek Kozłowski troszkę pobębnił w „Sub Rosa”. Staszek Soyka zapodał tu i ówdzie pianinkiem. Jarek Teliński, DJ Krime, nawet Krzysio Zalewski i Gienia poklaskali i postukali butami w tytułowym numerze. Mamy i gości z zagranicy w postaci Papaya Paranoia z Japonii, którzy nagrali swoje partie, gdy gościli w ramach trasy po Polsce (o której sopockim odcinku było tu kiedyś).
Można by gości na płycie jeszcze długo wymieniać. Jeszcze więcej miejsca by zajęło wymienienie wszystkich instrumentów i dźwięków wykorzystanych na tym albumie. Można by pisać o mnogości skojarzeń, inspiracji, o pomysłowości Macuka. O zwyczajnie świetnych tekstach. Ale że i tak już dużo tutaj o tej płycie, to czas na jakieś podsumowanie. Aranżacyjnie ta płyta jest arcydziełem. Bogactwo dźwięków wręcz przytłacza. Ale przede wszystkim powstała płyta na wskroś melodyjna. Bezpretensjonalna. Przepełniona ultrapozytywną energią. Niedająca się w żadnym wypadku mroczna/mistyczna/majestatyczna/metalowa/wstaw inny śmieszny epitet. Dźwięki idealnej muzycznej przyszłości. Wciąż stawiam na pierwszym miejscu „puk.puk”, ale za parę lat, gdy „Unisexblues” zmierzy się z czasem i historią, to kto wie…
najlepszy moment: METEMPSYCHO (feat. Papaya Paranoia)
ocena: 7,5/10

