rageman.pl
Muzyka

The Clash – Live At Shea Stadium

rok wydania: 2008

wydawca: Sony BMG

 

Suplement do naszej przerwanej przez Dianę Krall opowieści o The Clash.

Smutno byłoby, gdyby beznadziejny „Cut The Crap” zamykał dyskografię takiego wybitnego zespołu jak The Clash. Na szczęście tak się nie stało i właściciele praw do nagrań Anglików co jakiś czas raczą fanów nowymi wydawnictwami opatrzonymi kultową marką. Z całą sympatią do przebojów zawartych na rozmaitych best of’ach, ale z artystycznego punktu widzenia to albumy koncertowe wydają się ciekawszym urozmaiceniem The Clash’owego katalogu. Nawet jeśli osobiście dla mnie taka koncertówka na CD to jak lizanie cukierka przez szybę. If U know what I mean.

W każdym bądź razie na omawianym dziś albumie mamy do czynienia z koncertem, jaki panowie zagrali w ’82 roku na jednym z amerykańskim stadionów. Wprawdzie oficjalnie byli wtedy supportem The Who, ale nawet z krążka słychać, że taki tytuł był już wtedy dla nich nieadekwatny, wręcz niegrzeczny. Tym bardziej, że uchwycono ich w być może najlepszym momencie ich kariery – tuż po wydaniu kapitalnego „Combat Rock”, gdy kieszenie mieli obładowane przebojami (jakich na „Live At Shea Stadium” pełno, ale o tym za moment). Z zespołu został już wprawdzie wtedy oddelegowany Topper Headon, który niespecjalnie radził sobie z uzależnieniem narkotykowym, ale za to do kapeli wrócił pierwotny jej perkman, znany z debiutu Terry Chimes – a typ do ułomków ewidentnie nie należy.

Tyle okoliczności. A sama muzyka? Zaczynamy z wysokiego C. „London Calling”. Chyba jeszcze bardziej złowieszczy niż w wersji studyjnej, magiczny. I całkiem adekwatny do popełnionej przez Kosmo Vinyla zapowiedzi grupy, podkreślającej brytyjskość kapeli. Następujący po nim „Police On My Back” to zmiana klimatu o 180 stopni. Na pogodniejszy, bardziej rozśpiewany (czasem się zastanawiam, czy jednak w kwestii czysto technicznej Mick Jones nie był lepszym wokalistą od Strummera). No i to pierwszy z paru zawartych tu coverów – do setlisty trafił także „Armagideon Time” całkiem sprytnie przedzielający „The Magnificent Seven” oraz kończący koncert „I Fought The Law”.

Pod względem wykonawczym – bez zarzutu, jednak z lekkim „ale”. Na plus, poza wspomnianym „London Calling”, poczytuję przyspieszenie innego przeboju z trzeciej płyty, „Guns Of Brixton” (na wokalu oczywiście Paul, który w ramach tego wykonu wymienił się instrumentami ze Strummerem – ponoć niespecjalnie wychodziło mu łączenie śpiewu z grą na basie). Ale już „Rock The Casbah” ciut rozczarowuje – niby numer zyskał na „rockowości”, ale ulotnił się cały taneczny potencjał. No bez fortepianu to zwyczajnie nie to. Też nie zawsze sama publika wywiązuje się z zadania – „English Civil War” pozbawione hurra-zaśpiewu traci lekko sens…

Dowód na to, że i koncertowe oblicze tej kapeli trzeba znać. Chociaż o ile fajniej byłoby obcować z tym koncertem w wersji dvd…

 

najlepszy moment: LONDON CALLING

ocena: 8/10

Leave a Reply