Metalfilia 2007
kto: Virgin Snatch, Thy Disease, Rasta, Mahavatar, Metal Safari, None, Jodio Loco Sucio
o kurde, ale fest. siedem kapel, sklad miedzynarodowy, jakosc pierwszoligowa, a to wszystko za 23 zlote. no normlanie szacun. i cieszy, ze ludzie dopisali w miare. a smietanka towarzyska byla w chuj. dymu, westa, ruin, nergal, rybak i GOLDENBOY przede wszystkim.
dobra, jakbym mial opisac szczegolowo kazdy wystep to generalnie bloga by nie starczylo. wiec pokrotce.
1) Jodio Loco Sucio. reprezentacja hiszpanii. trzyosobowa. wizualnie juz ciekawy. lider-gitarzysta-wokalista z broda wygladajacy jak mieszanina skrzata i scotta iana z anthraxu. a na perkusji – mulatka z afro. czyli nie musieliby nic nawet robic, a i tak show juz maja zagwarantowane. no ale okej, grali jeszcze. stoner rock byl w duzej mierze insprowany black sabbath. niektorzy sie w tej inspiracji posuneli dalej, dlatego np taki queens of the stone age swieci tryumfy. hiszpanie brzmia tak jakby sie zatrzymali w pol drogi rozwiniecia tych inspiracji. i to nie wrzuta zadna, ino zwyczajna proba opisu ich grania. bardzo dobrego grania. moze nienajlepiej brzmiacego, nie kopiacego soundem dupy tak jak pozniej wystepujace zespoly, ale jednak na rozgrzewke sie nadali. tym bardziej ze kontakt z publika calkiem spoko.
2) teraz czas na pierwsza reprezentacje polski. moze teoretycznie zdziwic, ze NONE, dysponujac podobnie licznym dorobkiem co wystepujace jako gwiazdy na tym fescie Virgin Snatch i Thy Disease, graja juz jako drudzy. no ale, brutalne prawa rynku. bydgoski none wydal swoj ostatni, trzeci album Black Star juz ladnych pare lat temu. od tego czasu sporadyczna aktywnosc koncertowa. proba otrzasniecia sie z traumy zwanej „kontrakt z Metal Mindem”. no i przede wszystkim roszady personalne. dezercja gitarzysty Olassa do Acid Drinkers miala juz miejsce dosyc dawno temu, ale jeszcze do niedawna chlopaki walczyli z Fajferem na wokalu. teraz Fajfera nie ma, jest za to Chupa z poznanskiego skladu Bare Assed. chlopak wypada niezle, choc teraz jego rola w tym zespole ogranicza sie glownie do krzyczenia…
no wlasnie. bo dla niektorzy bedzie to niestety, a dla niektorych stety, ale slychac ze chlopaki wciaz trzymaja reke na pulsie tego co sie w metlau dzieje. az za bardzo trzymaja. juz na wystepie na zeszlorocznym hunterfescie slychac bylo odmiane. ale teraz juz transformacja doonala sie w pelni. to juz nie jest groove metalowy, czy nawet nu metalowy none. teraz graja metalcore. okej, pozostalosci po starym stylu pozostaly. ale jednak blizej im teraz do frontside’a niz machine heada.
mozna sie cieszyc ze przeciez mogli zaczac grac jak incubus czy nickelback. ale obawiam sie, ze ci, co wczesniej krytykowali none, nie nabiora sie na ten lifting. a list przebojow tym nie podbija. albo czeka ich wiec wreszcie upragniony sukces, albo sromotna kleska.
zycze tego drugiego. tym bardziej, ze sam koncert byl naprawde niezly. nowy wokalista dobrze sie odnajduje jako frontman. czekamy co dalej wiec.
3) Metal Safari. wczesniej nic ta nazwa mi nie mowila. metalowe safari. glupawa nazwa, isn’t it? ale dalem kredyt zaufania, ze wzgledu na pochodzenie. japonia. oplacilo sie. dali koncert wieczoru.
none mial dwie gitary, metal safari tylko jedna. a brzmieli tak, ze none wyszedl przy nich jak banda anemikow. totalny rozpierdol.. od riffowni klasycznej po przycinanie a’la fear factory (by bylo smieszniej, basista MS wygladal jak japonski brat dino cazaresa, niegdys obslugujacego w FF gitare). perkusista – totalny wariat. a wszystko to dobite wokalem. spektrum mozliwosci ogromny – od spiewu (bez zastrzezen, ktore mialem w tej kwestii do wokalisty none..) do opetanczego wrzasku przede wszystkim. masakra wokalna. metalcore? moze, ale w jakiejs najbardziej schizoidalnej wersji. nie brali jencow. dir en grey moglby im buty czyscic. nie bylem w tym odczuciu odosobniony. chyba najlepiej oklaskiwany zespol wieczoru. zasluzenie. japonia znow nam pokazala, ze nie tylko pod wzgledem ekonomicznym polacy nie siegaja im do piet.
4) z azji przenosimy sie do USA. teraz prezentuje swoja sztuke Mahavatar. tutaj tez aspekt wizualny zalatwiony na wstepie. a na imie mu – pani wokalistka. a pelne imie i nazwisko – pani wokalistka z dlugimi kreconymi blond wlosami, finezyjnym makeupem i w bluzce z dekoltem. no ja wiem, ze to zle i seksistowskie, ale musze o tym napomknac, bo takie cudy natury trzeba zauwazac. wlasciwie to ta pani skupiala tyle uwagi na sobie, ze chyba malo kto zauwazyl pana murzyna rzezbiacego riffy na gitarze. nie mowiac juz o takim zwyczajnym elemencie jak mega dreadloki u pana basisty.
szkoda tylko, ze w tym przypadku aspekt dzwiekowy nie byl rownie efektowny jak wizualny. zle to nie bylo. ale po takiej bombie energetycznej, jakim byl wystep metal safari (i w sumie none tez), takie wolne, doomowe wrecz tempa proponowane przez mahavatar troszke nudzily. choc kombinowali jak mogli. wokalistka kombinujaca na wszystkie sposoby, od szeptu po orientalne zaspiewy konczac. gdzies tam sie w aranzacje wkradla nawet jakas trabka. zrobili wiec co mogli. szkoda ze tak ciezko bylo to docenic. zreszta nie tylko ja mialem z tym problem. po owacyjnie przyjetych japonczykach chlod, z jakim spotkal sie wystep amerykanow, byl naprawde az klujacy w oczy. no naprawde szkoda.
5) wracamy do Europy. Bialorus. Rasta. ktorych to mialem okazje widziec w pazdzierniku tamtego roku na Rat Race Tour 2006, rowniez w Uchu. niewiele sie zmienilo w tym, co dzwiekowo proponuja. chco tym razem, nie wiedziec czemu, znow mi sie to wszystko kojarzylo z metalcore. rok temu porownywalem do fear factory i meshuggah. [potwierdza to chyba to, jak bardzoe sie na muzyce nie znam, hueee. no ale… klawisze dalej sa. tylko ze tutaj to one sluza jako instrument melodyczny. nierzadko wlasnie na tym, co pan wyczyniaj na korgu, byla uzalezniona reszta kompozycji. pomimo totalnej awersji do klawiszy – spoko. tutaj to ma sens. i nie razi kiczem.
wygrywaja tez kapitalna przerobka „sweet dreams” eurythmics, zupelnie inna niz wersja marilyn mansona. a takze kapitalnym znow kontaktem z publika. przyjecie wyborne. tego wieczoru trzeba bylo jednak napierdalac. potwierdzilo to przyjecie mahavatara, jak i niestety tez thy disease.
6) polski Thy Disease mialem okazje zobaczyc rowniez podczas Rat Race Tour 2006. wtedy zwrocilem uwage na to, ze kapitalna kapela. i niedoceniona. i teraz bylo tak samo. jak na to, co zaprezentowali ci panowie, to te nieliczne oklaski byly jakims nieporozumieniem. TD grali na perkusji z logiem Virgin Snatch. to byla dobra perkusja. to byla perkusja rozjebywujaca bebenki w uszach. a i reszta instrumentow brzmiala wybornie. moze tym razem nie bylo tak efektywnie wizualnie jak rok temu, ale to wciaz byl swietny show w kazdym aspekcie. chociaz najbardziej szaleje chyba pan klawiszowiec, to jednak kazdy daje z siebie wszystko. pan wokalista, wygladajacy jak polski brat davida z disturbed, pomimo pewnego dystansu od niego bijacego, byl totalnie zaangazowany w wystep. dzwieki tym razem wybornie mi sie koajrzyly z fear factory. przycinanie gitarowe, elektronika bardziej jako smaczki w tle, troszke tez i wokal… no dla mnie pyszna sprawa. dlaczego wiec takie slabe przyjecie? najbardziej towarzycho sie rozruszalo, gdy zespol dedykowal jeden z numerow vitkowi z decapitated (to samo poczynil tez Virgin Snatch, grajac przy tym sliczna ballade, ale o tym za chwile). swietna kapela. dla mnie absolutna extraklasa w polskim metalu. poan klawiszowiec powinien sobie dac spokoj ze smiesznym delightem i skupic sie na Thy Disease. bo jesli z obu zespolwo nie ma hajsu, to niech chociaz chec tworzenia Sztuki bedzie.
7) gwiazda wieczoru – Virgin Snatch. tez mieli wystapic na Rat Race Tour, ale odwolali koncert by szykowac plyte. i wlasnie te plytke teraz promowali. w nowym skladzie – nie ma Titusa z Acid Drinkers, ktorego obecnos w skladzie, no nie ukrywajmu, troche wyhajpowala zespol. teraz jest na basie Anioł z Corruption. i sprawuje sie calkiem niezle.
reszta bez zmian. Jacek Hiro, jeden z naj gitarzystow z polskim metalu, wciaz z ta swoja gitarka bez gryfu. na wokalu Zielony, ktory troszke wyglada jak wokalista jakiegos obciachowego hard rocka, ale gdy daje glos, to juz nie ma zadnych watpliwosci i zartow. THRASH, Metal w najszlachetniejszej postaci. i chyba tyle powiem. takie koncerty mnie przekonuja, o co w tym wszystkim chodzi. niekoniecznie o chwytliwe melodie. ale o energie, szczerosc i po prostu, tak zwana PIZDE. trzeba byc na takim koncercie, dac sie poniesc masakrze dzwiekowej, by wiedziec, co to ta PIZDA.
najlepszy moment: METAL SAFARI – WALK (feat. Chupa)
ocena: 7/10
