Youth Fest 2007
kto: Monster, 100 Inch Shadow, Daymares, Calm The Fire, Bilety Do Kontroli, We Are Idols
wiec oto mielismy kolejna edycje Youth Festu. sklad nieporownywalnie lepszy niz ten sprzed roku. z trzech powodow. pierwszemu na imie Monster, drugiemy 100 Inch Shadow, trzeciemu Daymares. czy jednak impreza jako taka byla lepsza niz ta sprzed roku? mozna zaryzyowac (nie bez obaw jednak) stwierdzenie, ze tak.
tradycyjnie Ucho, tradycyjnie calkiem pokazna liczba osob. geby w sumie tradycyjne. jedziemy wesolym samochodem w skladzie ja, siostra, koko, rybak i pan ogrodnik za kierownica. a na miejscu julki, acidy, rusakowy, jedrasy i cale to szemrane towarzystwo, widywane przy tego typu koncertah od lat. feels like home.
na pierwszy ogien ida trojmiejskie Bilety Do Kontroli. widzimy sie po roku. w lepszych akustycznie warunkach. bo wiadomo, Negatyw dobra akustyka nie grzeszy. a poza ty, koncert przed Detroit 442 to byla dosyc specyficzna sprawa… no ale. teraz panowie zaprezentowali sie godnie, choc bez rewelacji. udalo im sie rozruszac towarzystwo w miare, ale jednak nawet takie Ucho wydaje mi sie dla nich za duze. lepiej wypadaja gdy jest scisk, a pot skrapla sie po scianach. bo to punk rock jest, jak w morde strzelil, a nie stadionowy rock.
nastepnie We Are Idols z wroclawia. przyznaje, nie znalem wczesniej. zostajemy w klimatach
punkowych. choc mniej zabawowych, a bardziej zaangazowanych. juz sam wokal, glos nie mial nic z lumpowych klimatow, a bardziej walka. mile granie, choc malo zostajace w pamieci. ale coponiektorym sie podobalo, wiec konceret mozna uznac za udany.
no i czas na trojmiejska gwiazdeczke. czyli Calm The Fire. koncert szczegolny. bo zawsze jest szczegolnie, kiedy wystepuje sam organizator. a poza tym organizator mial rowniez tego dnia urodziny, wiec nie odbylo sie bez spiewania Sto Lat. i ja tez w tym miejscu zycze Ci wszystkiego najlepszego, paciorku. walcz o prawde w muzyce.
co mozna o samym koncercie powiedziec? wielkich zmian nie ma od czasu, gdy prezentowali sie na tej samej scenie pod koniec lipca w ramach Beach Boys Fest. zaloga, ktora ma swoich oddanych fanow, swoj styl, wie jak dawac koncerty. nie zdziwilbym sie, gdyby ktos uznal, ze to wlasnie byl koncert wieczoru. szalenstwo siegalo zenitu, a pacior wie jak rozruszac spragniona krwi i stejdzdajwingu publike. czysty szacun. i na tym zakoncze, bo do wlazenia w dupsko jeden krok.
Calm The fire to byla wysmienita zakaska, ale jednak to Daymares byli dla mnie jednym z pierwszych dan glownych. po tym wystepie moge odetchnac z ulga. wreszcie ich widzialem. zawsze cos stawalo na drodze, ale wreszcie sie udalo.
czemu tak wazny byl dla mnie ten koncert? bo Daymares to z drobnymi modyfikacjami ten sam sklad co nieodzalowany Sunrise. na wokalu Pat, a na garach arek lerch, czyli dwa podstawowe filary kapeli.
muzyka za to totalnie inna. padlo okreslenie death’n’roll. i chyba pasuje. entombed, psze panstwa. brutalny, zmetalizowany rokendrol. jest zabawowo, ale dosyc siermiezna ta zabawowosc. niemniej zabawa niczym na prywatkach z elvisem presleyem w roli glownej. totalne szalenstwo. pat niejednokrotnie traci mikrofon. jestem bardzo na tak. nawet jesli wciaz nie moge sie podniesc po rozpadzie Sunrise. i takie mysli przez wystep Daymaresow sie tez przewijaly. no nic na to nie poczne.
Daymares prowokowal do refleksji o kapelach, ktorych wsrod nas nie ma, a tu zaraz potem wyskakuje 100 Inch Shadow, ktorzy postanowoli rowniez zakonczyc zywot. co rowniez jest totalna chujnia, tym badziej, ze mowimy o kapeli z jednym albmem na koncie. mial byc drugi cedek, piekne plany, a tu dupa… historia zatacza kolo. pierwszy wystep dawali 3 lata temu rowniez w ramach Youth Fest. przez ten czas mialem okazje widziec ich na zywo jedynie w Mozgu w Bydgoszczy 2 i pol roku temu. za malo. zdecydowanie za malo jak na kapele, ktora jako jedna z nielicznych na tej scenie broni sie zarowno w wersji live, jak i studyjnej. poza tym… no, brygada ta jest mi bliska rowniez ze wzgledu na osobe frontmana. ktorym jest Damon vel Michal. odzywaja wspomnienia. grupa dyskusyjna core-pl, raczkujacy internet, pierwsze kroki w „doroslym” kontakcie z muzyka. a jednoczesnie wielki boom na muzyke core, metal, rowniez ten w wersji nu. tak, to bylo cos na zasadzie „core-pl is a state of mind”. i chyba kazdy, kto doswiadczyl uczestnictwa w tej grupie, mysli o tym tak samo. teraz, po 7 latach, spotykamy sie tak zaskakujacych okolicznosciach. mlody chlopaczyna, ktory byl fanem papa roach, teraz stoi na czele dla niektorych kultowej kapeli hardcoreowej. koleje losu to ciekawe zagadnienie.
koncert? genialny. damon to sceniczny heh demon. kontakt z publika lapie natychmiastowo. kapitalna atmosfera, oldskulowe granie plus gitarzysta, o ktorego prezencji moznaby ksiazke napisac. rozpieta koszula odlasniajaca klate, ruchy a’la pete townshend z the who, czyli MŁYN na gitarze. no koles jest bogiem, krolem. Elvisem, i to Deluxe, bo wlasnie w tej kapeli rowniez pokazuje swoje boskie umiejetnosci. no wlasnie. i tak jak damon uzasadnial ze sceny – kazdy z muzykow 100IS chce isc wlasna droga, kazdy ma juz projekt na boku. fajnie, ze tworczy. trza miec nadzieje, ze no bokach stworza cos w polowie tak dobrego jak stucalowy duch.
a na koncu jedyny reprezentant zagranicy. Monster. prosto z berlina. trzeci raz w trojmiescie. malo ktora kapela ze sceny hc/punk moze sie takim wynikiem pochwalic. za kazdym razem inny klub. najpierw orbital, pozniej anawa, teraz Ucho. i niestety, to chyba nie byl najlepszy koncert z tej trojcy. primo – Ucho dla nich rowniez jest za duze. secundo – po takiej energetycznej bombie jak poprzednie 5 kapel dawalo sie juz odczuc zmeczenie. niektorzy z tego powodu odpadali, inni sobie przypominali o chujowosci polaczen skm, wiec tez sie zmywali. no i dla mnie przede wszystkim – 100 Inch Shadow wygrali ten wieczor zdecydowanie. historyczny wystep. bo nie tylko ze ostatni, ale przede wszystkim dlatego ze zajebisty. przyznaje, nie doczekalem nawet konca wystepu Monster. maybe next time.
najlepszyy moment: 100 INCH SHADOW – GET AWAY
ocena: 7,5/10
