Nutmeg
kto: Nutmeg, The Black Tapes
jebal pies metal. liczy sie tylko rock and roll. prosto z undergroundu.
miejsce: Anawa, a jakze.
muzyka: tradycyjnie jak w anawie – jedna kapela z polski i jedna z zagranicy. jesli chodzi o Polakow: The Black Tapes, graja indie punk, jak glosily notki promocyjne. czasem te okreslenia w tych infach sa zupelnie z dupy, ale tym razem cos jest na rzeczy. bo rzeczywiscie brzmialo to tak, jakby punkowcy zabrali sie za granie indie rocka. albo i odwrotnie – indie rockerzy ktorzy nagle poczuli ze sa punkami. gdzies tam wiec krecily sie tu i owdzie patenty z nu rocka, ale jednak calosc miala punk rockowy wydzwiek. rowniez i w wokalu. dla mnie bardzo przyjemne, bo na tle punk rockowej jednolitej masy (na ktora skladaja sie zarowno polskie, jak i zagraniczne kapele) jakos to sie wyroznialo. choc jednak z zachwytami bym jeszcze poczekal. zwlaszcza ze jednak gwiazda wieczoru troszke zdeklasowala imho support…
zaczne od okolomuzycznej zalety wystepu szwedow z Nutmeg. o ile jeszcze na Black Tapes znalazla sie grupka ludzi odstawiajaca chamskie pogo, z przejebanym brodatym stalym bywalcem Anawy na czele, to juz na Nutmeg zrobilo sie przyjemne i kulturalnie. zamiast pogo – delikatny baunsik, zwlaszcza w wykonaniu co fajniejszych dziewuszek. okej, nie byl to jeszcze klimat rodem z koncertu Franz Ferdinand. ale ja jestem juz starym dziadem i niesmaczy mnie pogo, przepoceni kolesie, tluste wlosy ktore wciaz zagrazaja kontaktem z Twoim cialem.
wracajac jednak do muzyki… coz, niestety znow doswiadczylismy zjawiska pt „zespol z polski vs zespol z zagranicy”. inny wyglad (niezle oryginaly: wyobracie sobie w jednym zespole mlodego ritchie blackmore’a, dlugowlosego blondyna o posturze technovikinga i wokaliste the hives?), inne brzmienie, no i to co wazne: inna klasa wykonawcza. Nutmeg okazali sie mega kozakami. jako ze szwedzi, wiec od razu nasuwalo sie skojarzenie z The Hives i cos bylo na rzeczy. ale dorzucilbym jeszcze taka nazwe jak Eagles Of Death Metal. i wszystkie te zespoly, od ktorych rock and roll az bije po oczach. niby patenty u Nutmeg proste: skoki dynamiki, przeskakiwanie od punkowej sciany dzwieku z krzykiem a’la wokal at the drive-in do duetu melodyjny wokal + jakies plumkanie w tle. nawet nie bylo to jakos ultramelodyjne. a jednak kopalo po bani masakrycznie. zaspokajalo jednoczesnie tych, co to lubia potanczyc, jak i tych, dla ktorych dance punk to gejowska sprawa i oni to lubia meski, testosteronowy rock. a przy okazji okazalo sie, ze panowie szwedzi to showmani. kontakt z publika nawiazany bezproblemowo. kariera stoi przed nimi otworem. o ile nie wypna sie na nia, by pozostac w podziemiu. przynajmniej bede nalezal do elity, ktora na ten zespol. awwww yeah. zapamietajcie te nazwe: NUTMEG
najlepszy moment: NUTMEG – SUNDAY
ocena: 7,5/10
