rageman.pl
Muzyka

Tarwater

gdzie: Żak, Gdańsk

kto: Tarwater

 

elo. dawno nie bylo tutaj notki typu relacja z koncertu, wiec oto wreszcie:
pierwszy koncert od dlugiego czasu i od razu taki strzal. wybralismy sie ( w skladzie m.in. ja, wielebny, ewa, a jeszcze Moja Druga Siostra sie przewinela) na koncert niemieckich elektronicznych magikow. kultowy Tarwater.

najpierw jednak piwko obowiazkowe przed Zakiem. gdy sie zjawiamy okolo 20.15 w srodku, pewni ze jeszcze przyjdzie nam czekac sporo czasu na wystep, okazuje sie, ze koncert juz sie zaczal. wchodizmy na sale glowna, a tam… ludzie siedza. na krzeslach w sensie. no ja rozumiem, ze to muza do kontemplacji, no ale… coz, dla odmiany przystaniemy sobie z boku i z tej perspektywy popatrzymy sobie na wydarzenia na scenie. a dzialo sie niewiele. niestety.

bysmy sie zrozumieli – aspekt muzyczny wydarzenia byl przepiekny. Tarwater w wersji sluchanej w domu to muza idealna do chill outu. downtempo, ambient, im nowsze dokonania tym bardziej z transu w pop. i niby to byl koncert promujacy nowa plyte, wiec grali niby to samo bez specjalnej improwizacji, ale odnioslem wrazenie, jakby w wersji koncertowej chodzilo im bardziej o zachwycenie dzwiekami niz melodia. perfekcyjne brzmienie, poezja dla uszu. celebrowanie dzwiekow. zabawa nimi. radosc laczenia roznych dzwiekow jak u dziecka. tak, to byl koncert dla audiofili. a takze dla tych, ktorzy po prostu kochaja muzyke. nie rock, nie disco, zadne gatunki. po prostu muzyke, jako dzwieki.

mozna bylo sie zatracic. jednak jak dla mnie koncert, poza sama przewaga w postaci jakosci dzwieku, ujmujacego bardziej niz podolalyby jakiekolwiek kolumny, jakiekolwiek wzmacniacze. koncert to musi wygrywac tez wizualnie. w postaci show tworzony przez samych muzykow. u Tarwater nie mogloby byc z tym mowy. zostaje tez druga opcja.
wizualizacje. ktorych tez nie bylo. i ktorcyh mi zdecydowanie brakowalo.

bo jednak dla oczu to zadna frajda dwoch statecznych kolesi niemal nieruchomo stojacych za zaslaniajacym ich elektronicznym zestawem. ubrania tak zwyczjanie eleganckie, ze wrecz jakby uniformy. obu panow mialo wlasny zestaw elektroniczny, ktore moze nie byly wielkich rozmiarow, ale przypuszczam, ze mnogosc guziczkow i tego typu pierdol bylaby dla mnie i polowy populacji nie do ogarniecia. pan po lewej obslugiwal jeszcze wokal, zas pan z prawej – bass. juz sam opis jest nudny. i chociaz gra swiatel byla GENIALNA, to jednak co chwila lapalem sie na oczekiwaniu, ze oto w koncu odslonia jakis ekran i koncert zamieni sie w jakis multimedialny spektakl. tak sie nie stalo. musiala wygrywac sama muzyka. i wygrala. ale zamiastkoncertu genialnego mielismy „zaledwie” swietny.
dobrze spedzone niemal poltorej godziny, lacznie z paronumerowym bisem, ktory poprzedzal epizod swiadczacy o tym, ze to ludzie normalni tworza ten zespol, a nie roboty. i tylko frekwencja slaba. choc sadzac po ilosci miejsc siedzacych to chyba nikt tlumow sie nie spodziewal, ale ten zespol to jest cos, co przy niewielkiej komercjalizacji mogloby zachwycic openerowe tlumy. a tak – muza elitarna. fajnie, ale niefajnie.

 

najlepszy moment: A MARRIAGE IN BELMONT

ocena: 7/10 

Leave a Reply