rageman.pl
Muzyka

Open’er Festival 2007 (dzień pierwszy)

gdzie: Babie Doły, Gdynia

kto: Dizzee Rascal, The Roots, Sonic Youth, The Car Is On Fire i inni

 

Wielkie koncertowanie czas zacząć!

Więc najpierw zaliczamy największy polski festiwal – Heineken Open’er. Już drugi raz przybywamy do Babich Dołów. Wielkie tereny odcięte niemalże od świata. I to była dobra decyzja z tymi przenosinami. Bo ten festiwal to naprawdę inny świat. A przynajmniej inny od tego, który widzimy w Polsce na co dzień.

Przybywamy do Gdyni na 16.00. Wymiana biletów na opaski, zakupienie napojów w sklepie niedaleko, a następnie podróż autobusem do Babich Dołów. Niestety na miejscu przykra niespodzianka. Już przy pierwszej bramce kontrolowane są plecaki, w związku z czym już teraz trzeba spić wszystko to, co zakupiliśmy. Nie zdążyliśmy więc na Afro Kolektyw, który zaczął grać w scenie namiotowej o 17.00. Następnych po nich Pink Freud zobaczyliśmy w kawałku, bo o 19.00 trzeba się było transportować na główną scenę.

Ale najpierw – refleksja z obserwacji dookoła. Znów dużo luda. Mega dużo luda. Przewiduję ponad sto tysięcy. Czy więcej niż rok temu? Przewiduję, że tak. Choć najbardziej zaskoczyło mnie info, że rok temu było sześćdziesiąt tysięcy ludzi. Czyli tyle samo co na U2. Niewiarygodne, no ale cóż.

Teren festiwalu wciąż coraz bardziej urozmaicony. Jest oczywiście znów miasteczko festiwalowe i mnóstwo żarła, które można zakupić za wcześniej zakupione bony. Mała telepizza za 3 bony. No znów zdzierstwo, ale cóż zrobić. Tradycyjnie jest miejsce na teatry, scena namiotowa. Ale też nie przypominam sobie, by wcześniej była np. jakieś pomniejsze wixiarnie czy np. miejsce z automatami do gier (wg książeczki festiwalowej – X-boxy 360 – nie wiem, nie sprawdzałem). Najbardziej cieszy jeszcze jedna scena o nazwie Scena Młodych Talentów. Tam mają wystąpić zespoły naprawdę młode, ale też i takie, które już coś na scenie znaczą, jak Dick 4 Dick, Not czy Andy. Fajna inicjatywa, choć pewnie z racji ciekawszych wydarzeń na pozostałych scenach mało się z tego zobaczy.

Dobra, wracamy do meritum. 19.00 to czas rozpoczęcia koncertu na scenie głównej polskiej rewelacji ostatnich miesięcy – The Car Is on Fire. Zachwalana druga płyta „Lake & Flames”, najjaśniejszy reprezentant nowego rocka na skostniałej polskiej scenie… Tak to wygląda na papierze i na płytach. Niestety, nie do końca udało się to potwierdzić na scenie. Pamiętam chłopaków ze świetnego koncertu w Kwadratowej na Fląder Pop Festival 2005. Tyle że wtedy to był zespół po dobrze przyjętej, acz z umiarem, pierwszej płycie. Po drugiej, zwłaszcza TAKIEJ płycie, trzeba pokazać więcej. A pokazali jakby mniej. Może lepiej to wypada w warunkach klubowych? Może trema ich zjadła? Złe nagłośnienie? Może zły dzień? Melodie same się broniły, ale z niezłego koncertu mógł być zajebisty występ, który by zapamiętali wszyscy ci międzynarodowi goście na festiwalu. Połączyć to z bardzo niewymuszoną konferansjerką (choć zblazowanie to zdecydowanie nieodpowiedni zarzut – no, po prostu taka postawa) i momentami było naprawdę sennie. Często anemicznie. Dopiero pod koniec, gdy się ciut ściemniło, pojawiły się światła, a pan od nagłośnienia, chyba szykując się na Sonic Youth, podkręcił trochę volume, to zrobiło się naprawdę zajebiście.

A to takie urocze chłopaki. Klawiszowiec w masce Kaczora Donalda. Dialogi (zarówno w muzyce, jak i między numerami) między dwoma gitarzystami, basistą a perkusistą. Beztroska gra w lotki w pewnym momencie. Wygłupy klawiszowca. Fajna prezencja. Wciąż świetne melodie. The Beatles, Modest Mouse i The Clash. Wszystko jest. Tylko zabrakło najważniejszego. Energii. Ale pamiętajcie, mówię to wam ja – to wciąż zespół, którego poczynania Trzeba kontrolować.

Półtorej godziny grania TCIOF, przerwa i o 21.00 wracamy pod scenę. Będzie miało miejsce jak dla mnie najważniejszy koncert tego wieczoru. Przyjechała legenda alternatywnego rocka. Po raz pierwszy w Polsce. SONIC YOUTH.

Najpierw wyszła czwóreczka muzyków. Pierwsza refleksja – och, ale oni się postarzeli. Gdzie ci młodzieńcy z klipów z początku lat dziewięćdziesiątych? No ale zaraz sobie przypomniałem, że Pearl Jam też najmłodziej nie wygląda, a Soniki działają jeszcze dłużej od nich. W końcu to była inspiracja Kurta Cobaina. Swoją drogą, ciekawe, jak teraz by się prezentowała Nirvana na scenie? Cobain jako czterdziestoletni starszy pan? O dżizys.

Z całym szacunkiem dla całego zespołu (przez niemal cały koncert wspomagał ich jeszcze drugi bas, co już samo w sobie brzmi niesamowicie), ale wzrok chyba większości skupiał się na Kim Gordon. Przykład kobiety, która ma wszystko – prezencję, attitude, osobowość, talent. Do niektórych numerów porzucała bas, by skupić się na wokalu, i wtedy się zaczynało… Kim Gordon i jej trans. Tańce, wirowanie w kółko. Totalne poddanie się energii muzyki. Genialne.

Bo muzyka była genialna. Przyznam, że nie jestem specjalnym fanem ich muzy, bo spora część ich odlotów na płytach mnie zwyczajnie nudzi. Forma piosenkowa – to jest to. A po koncercie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Na szczęście było to, czego bardziej oczekiwałem. Piosenki. Również te największe hity. Zwarte formy, energia. Wokale całej trójki.

Ale Sonic Youth właśnie tym się różni od tysięcy innych kapel, że u nich piosenka nie może być zwykłą, miłą dla ucha piosenką. I tak naprawdę nawet ciesząc się z faktu grania piosenek, spodziewałem się jakiegoś odlotu, tym milej w liczbie mnogiej. I były. Była symfonia sprzężeń gitar, była nawet zabawa radyjkiem jako źródłem dodatkowego noise’u. Nie było tylko rzucania gitar na koniec, ale i tak energia, którą wytworzyli, dała mi kopa, który długo jeszcze będę odczuwał. A gdy jeszcze ujrzałem tych wszystkich, co zdecydowali się na crowd surfing… Tak, było bardzo Rockowo. Przypomniały się słodkie czasy początku lat dziewięćdziesiątych, gdy rock rządził niepodzielnie. Przypuszczam, że to był najcięższy koncert tego festiwalu. A jednocześnie satysfakcjonujący wszystkich, również tych, którzy chcieli poskakać przy fajnych piosenkach. Melodyjny noise. Im to wychodzi. Dlatego są wielcy.

A przy tym okazali się sympatycznymi ludźmi. Co numer to zapowiedź. Obyło się bez włażenia w dupę, choć jednocześnie słychać i widać było, że naprawdę się cieszą z tej wizyty. Po 70 minutach zeszli, ale gdy wrócili na naprawdę wyklaskany bis, to już pojechali po totalu. I wykorzystali swój czas. Półtorej godziny, ani jedna sekunda nie zmarnowana.

23.00. Zmiana klimatu. Choć dalej jest to artystyczna ekstraklasa. The Roots. Tutaj już naprawdę mega orkiestra na scenie. Kogo tam nie było. Perkusista, basista, gitarzysta, trębacz (co za policzki!!!), klawiszowiec. No i dowodzący wszystkim raper. Przekonajcie mnie, chłopaki, bo poza paroma numerami to niewiele wiem o was, nie jestem waszym fanem. I mnie przekonali. Przepyszny koncert. Na pewno nie był to koncert typu promocja ostatniej płyty. Za dużo smaczków. A to popisówka basisty. A to przeróżne cytaty. Od Justina Timberlake’a, przez Salt-N-Pepa, po Stinga. Choć najważniejszy moment koncertu to było wzięcie na tapetę „Masters of War” Boba Dylana. Najpierw przemowa perkusisty o dedykowaniu tego numeru, cóż za niespodzianka, George’owi W. Bushowi (i wszyscy: buuuuuuuuu). Następnie została na scenie trójka muzyków. Perkusista, gitarzysta i trębacz. Zaczęli od hymnu USA. Ale tekst inny. Potem popisówka każdego muzyka, wielkie grand finale, gdzie każdy dawał z siebie max energii. Miazga. A do tego ten miażdżący tekst. „And I’ll stand o’er your grave ’til I’m sure that you’re dead”. Tym zdobyli moje uwielbienie. Ten koncert też będzie rozpatrywany w kategorii najlepszych w tym roku.

Ci z kolei jeszcze po półtorej godziny nie chcieli schodzić ze sceny. Raper wciąż coś tam nawijał, choć bardziej były to gadki o hip-hopie i jego kondycji niż o pobycie w Polsce. Choć im też się chyba podobało. A na pewno publiczności, która na tym koncercie oszalała. No mega.

Potem rozkmina, co robimy. Czy Laurent Garnier nas tak robi? Nie do końca. Pójdźmy po jedzenie i się zastanówmy. I gdy zaszliśmy po hot dogi do drugiego miasteczka (bo tam niby mniejsze kolejki), nagle dosłyszeliśmy z namiotu dziwne znajome dźwięki. Czy to możliwe? A jednak. Okazało się, że Dizzee Rascal, który miał wystąpić w namiocie o 22.00, przez co zrezygnowaliśmy z niego na rzecz Sonic Youth i The Roots… spóźnił się na samolot. Więc występuje dopiero teraz. No zajebiście! Bez większego zastanowienia wbijamy się do namiotu. Tutaj na scenie bardzo minimalistycznie – Dizzee, jego pomagier i didżej. Zwykłe chłopaki w koszulkach, telebim z tyłu z logiem rapera. Minimum formy, maksimum treści. Co to był za koncert! Niesamowita nawijka kolesi. Podkłady raz to oldskulowe typu Run DMC, by zaraz przejść w jakieś dram en bejsy. Takie klimaty w hip-hopie lubię, kurczę no. Tylko że nie wykminiłem, na czym polega cała ta stylistyka grime, którą niby Dizzee wraz z The Streets zapoczątkował. Zupełnie różni kolesie, zupełnie różne występy na tym samym festiwalu (Skinner w końcu rok temu grał na dużej scenie). Maksymalna energia plus akcent, nawijka (a się rozgadał) i flow. No inaczej się nie da określić tego koncertu: full kozak. Dziewczyny baunsowały, chłopaki machali łapskami, no po prostu czasy blanta i dilerki, ziomuś.

I tyle po ponad godzinie. Na Strike Boys nie ma już energii w nas. Wracamy do domu, śpimy, piszemy relację i niedługo znów jedziemy do Babich Dołów.

 

najlepszy moment: SONIC YOUTH – 100%

ocena: 7,5/10