rageman.pl
Muzyka

Hey. Autoryzowana Biografia

rok wydania: 1994

autor: Igor Stefanowicz

 

Coming out: uwielbiam Kasię Nosowską. Uwielbiam jej wokal, lubię jej liryki (pomimo afery z plagiatem wciąż wierzę, że  pełni jej), lubię jej stylówę wiecznie zagubionej dziewczynki, nawet jeśli już ta pani niechybnie zbliża się do czterdziestki. I tak, jest piękną kobietą.

Oraz była piękną dziewczyną, co widać w książce dziś omawianej. Rzecz nazywa się, o jakże oryginalnie, „Hey. Autoryzowana biografia”. Zważywszy na to, że dokumentuje ona historię grupy, która kończy się na wydaniu drugiej płyty (rzecz wydano w ’94), to raczej niewiele w tym treści. I owszem, te siedemdziesiąt siedem stron czyta się migiem. Zresztą, o samym zespole, jego powstaniu, tym, co działo się przed założeniem, i całej „heyomanii” towarzyszącej wydaniu debiutanckiego „Fire” i „Ho!” jest stron dwadzieścia cztery. Malusko więc.

Ale i tak rzecz warta przeczytania jest. Nie tylko dla tych, którzy wielbią ten zespół (choć bez przesady – akurat nagrali tyle samo płyt świetnych, co nierobiących). Bo wydarzenia w książce obejmują czasy zdecydowanie najlepsze dla tego zespołu (przynajmniej pod względem komercyjnym). Koncerty w największych halach Polski (dziś już chyba tylko Kult, jeśli chodzi o polskie zespoły, jest w stanie wypełnić np. Spodek), nakłady płyt, które teraz osiągają tylko Ich Troje i Kombii, jak się bardzo napracują. A mówimy tu o zespole debiutującym! A przy tym jak najbardziej rockowym, który żadnych ideałów nie zdradził. Ba, nawet nie miał takiej okazji jeszcze. Heyomania? Na to wychodzi.

Choć to także fajny dokument tamtych czasów. Początek lat dziewięćdziesiątych. Wiadomo, grunge. Ale i ogólnie świetne czasy dla rocka w ogóle. Bo sukcesy Pearl Jam czy Nirvany to jedno. Ale przecież i kapel, które może i na tamte czasy były komercyjnym odpadem, ale dziś nawet takich kapel chciałoby się słuchać. Ugly Kid Joe. Soul Asylum. Crash Test Dummies. No i kapele, które nie podchodzą pod żadną z tych kategorii, a które też tworzyły w tym czasie swe najgenialniejsze rzeczy. Red Hot Chili Peppers. Faith No More. Rage Against the Machine. R.E.M. No, to był zajebisty czas dla takiej muzyki.

A w Polsce na dodatek dochodzi tworzenie się kapitalizmu. Rodzący się ekstremalny popyt. Przecież to właśnie wtedy mogli wypłynąć i osiągnąć karierę Artyści tworzący coś swojego (nawet jeśli przefiltrowane przez fascynację tym, co zagraniczne, a w przypadku Hey’a – tym, co amerykańskie). Czy dziś taka Edyta Bartosiewicz czy Kasia Kowalska miałyby szansę zaistnieć? Niekoniecznie. Chyba że przeprofilowano by je do formatu typu Gosia Andrzejewicz czy inna Kasia Cerekwicka.

No, taka to poważna rozkmina tematu. A tak naprawdę to bardzo lajtowa, pozytywna książeczka. Zważywszy na okoliczności wydania – przypuszczam, że służyła bardziej za coś na kształt broszury reklamowej niż skrupulatnego przeanalizowania kariery zespołu. Rzecz podpisał swoim nazwiskiem Igor Stefanowicz – niegdyś „Tylko Rock” i „Teraz Rock”, jakiś czas temu widziano go jako redaktora pisemka „Bravo”, a teraz to już niestety słuch zaginął. Niestety, bo już wtedy, przy pisaniu tejże książeczki, kolega Igor wykazywał fenomenalną lekkość pióra i własny styl. Wystarczy np. poczytać przypisy – chyba ciężko byłoby znaleźć w innych książkach równie absurdalne.

Więc pierwsza część książeczki to krótka historia grupy. Druga zaś to rozdziały poświęcone każdemu członkowi grupy z osobna. Oczywiście najwięcej o liderach i założycielach. Obecnych (Kasia Nosowska – wokal, teksty) i byłych (Piotr Banach – gitara, w przeważającej części muzyka). Choć fajnie, że rozdziały o pozostałych muzykach nie są pisane „po łebkach”. Że jest jednak o tej wręcz chronicznej potrzebie niezależności basisty Jacka Chrzanowskiego. Jest próba wniknięcia w osobowość najbardziej skrytego muzyka – Marcina Żabiełowicza, i najbardziej wesołkowatego – Roberta Ligiewicza. Jest sporo o karierze Banacha, który już przecież przed Hey’em odnosił sukcesy (mniejsze zdecydowanie, ale jednak) z Kolaborantami, o jego fascynacji Indianami i reggae. No ale przede wszystkim… Kasia Nosowska.

 

najlepszy moment:

„Na podstawie melodramatów miałam o samobójstwie bardzo dziecinne wyobrażenie. Wiedziałam, że można się na przykład zatruć tabletkami. Nie przyszło mi jednak do głowy, ze muszą to być jakieą konkretne, poważne tabletki. Próbowałam więc popełnić samobójstwo polopiryną S. Zjadłam półtora opakowania. Zjadłam z wielkim namaszczeniem, płacząc. To wielka sztuka zjeść i się najzwyczajniej w świecie nie porzygać.”

ocena: 6,5/10