Embers
kto: Embers, Hevn, Face The Nightmares
O koncercie Wam opowiem. Bo jest co opowiadać.
Znów ugościliśmy Królika i współorganizowane przez niego koncerty DIY w Negatywie w ramach Progressive Rage. Tym razem było o tyle nietypowo, że mieliśmy dwa zagraniczne składy, co nie zdarza się często.
Miało być jeszcze bardziej nietypowo i zamiast trzech kapel miały wystąpić cztery, ale niestety parę dni przed gigiem okazało się, że zapowiadany od początku Die Last nie będzie mógł wystąpić. W związku z tym mieliśmy tylko jednego reprezentanta Polski.
A mianowicie Face the Nightmares. Którzy tym koncertem zaliczyli debiut. Określenie „supergrupa” to takie trochę przesadzone jest, ale faktem jest, że w tym przypadku mamy do czynienia ze sklejką muzyków dobrze znanych z innych projektów. Na wokalu Julek z Invektivy, gitara zaś to Majak z No Reason Why i 2nd Crew (RIP). Ponoć sekcja rytmiczna to ludzie z No Heaven Awaits Us. Ponoć, bo jednak ni chuja nie mogłem się dopatrzeć. Może dlatego, że w sumie jakoś ciężko sobie mi przypomnieć długowłosego basistę w NHAU. No ale widziałem ich parę lat temu, więc mogło się pozmieniać ciut…
Anyway. Na pewno bliżej temu, co proponują FTN, do nowocześniejszej odmiany hardcore’a. Czyli raczej mało oldskulu typu No Reason Why. I nie chodzi tylko o wokal. Julek to chłopak, który, mniemam, bardziej jara się rzeczami typu Heaven Shall Burn czy, hm, No Heaven Awaits Us. Czyli bardziej krzyczane, a nawet growlowane. Obiło się jednak o uszy, że FTN grają metalcore. I rzeczywiście, liczne zwolnienia, a nawet i takie z próbą melodii… choć bądźmy obiektywni, na razie to tylko próby. A jeśli panowie myślą poważnie o takich melodyjnych wstawkach, to trzeba będzie popracować nad wokalem.
Po pierwszym odegranym numerze mieliśmy na scenie mały wypadek w postaci zwalonego wzmacniacza. Z którego wynikła solidna obsuwa. Mimo to jednak można uznać debiut sceniczny chłopaków za udany. Publice (całkiem sympatycznie licznie zgromadzonej) się raczej podobało. Więc warto życzyć powodzenia chłopakom, bo to utalentowani (gitarka! choć szkoda, że tylko jedna) kolesie. Choć z drugiej strony dopadła rozkmina, czy nie lepiej byłoby się nie rozdrabniać i poświęcić się macierzystym kapelom, przed którymi jeszcze długa droga. Przyjemność ze wspólnego grania to jedno, ale taki projekt byłby fajniejszy, gdybyśmy mówili o zawodnikach z większym doświadczeniem. Takie tam moje zdanie.
Czas na zagranicę. Najpierw – Norwegia. I Hevn. Klasyczny skład na perkę, bas, dwie gitarki i wokal. Punkowy attitude i takie też dźwięki. Szybkie tempa jako podstawa, krzykiem wypluwane teksty. Radykalnie, choć z na tyle ciekawymi zagrywkami, że co bardziej siedzący w temacie słuchacz łyknie propozycję Norwegów bez problemu. Dobry koncert to był. Może kontakt z publiką nie na jakimś wyjebanym poziomie, ale myślę, że panowie mogą być z występu u nas zadowoleni. Zresztą chyba byli, bo po każdym numerze słyszeliśmy swojskie „dziękuję” (całkiem dobrze wypowiadane).
No i na koniec Amerykanie z Embers. Zdecydowanie najdziwniejsza oferta nie tylko tego wieczoru, ale na DIY koncertach od długiego czasu. Dość powiedzieć, że w składzie mieliśmy panią (płeć żeńska obsługiwała również bas/wokal) i klawiszowca. Skoro klawisze, to wiadomo, że musi być mrocznie. I było, bez przekraczania granicy, za którą widnieją kiczowate morza gotyckie. Przede wszystkim był to jeden z najbardziej przytłaczających koncertów, jakie widziałem. Tak, przytłaczające to dobre słowo. Ale przyjemnie, masochistycznie przytłaczające. Choć bez przesady. Otóż propozycja Embers tak na dobrą sprawę nie ma nic wspólnego z muzycznie pojmowanym punkiem. Liryczna ściana dźwięku. Neurosis, Isis, coś po tej linii. Choć też przypomniał się jeden zespół, który gościliśmy już w Negatywie rok temu, w ramach DIY Festu. Kakistocracy. Dziwne, że też z Ameryki. Przypadek? A może to amerykański klimat (bardziej chodzi chyba o polityczną sytuację niż kalifornijskie ciepełko) nastraja tak apokaliptycznie? Embers jednak o tyle bardziej się podobał, że słusznie uznali, że podoba mi się wtedy moc w muzyce, kiedy daje się chwilę wytchnienia. Tutaj tych chwil niby nie mieliśmy za dużo, ale nadrabiali perfekcją techniczną i gdzieniegdzie wręcz wirtuozerią. A także, a co tam: chwytającymi za serce partiami. Czyli bardzo dobre granie. Choć jednak ciężko mi się zachwycić ze względu na proporcje tych wszystkich wymienionych elementów. Gdyby jeszcze, skądinąd całkiem sympatyczna, pani na wokalu bardziej urozmaicała swe poczynania… A tak to mieliśmy sam wrzask. A żeby nie było tak miło, to pan gitarzysta czynił podobnie. I po pół godziny już troszkę słuchanie bolało. Fajny jest taki ból, ale nie do powtórzenia przez najbliższy czas. Przynajmniej w wersji live.
Inna sprawa, że niestety do takiej muzyki potrzebna byłaby też niezła akustyka. A Negatyw jednak tego zaproponować jak na razie nie może.
Dlatego jeśli bawić się w piłkarskie ocenianie (w końcu organizujemy Euro 2012, co jest chyba największym wydarzeniem w tym kraju od czasu odzyskania niepodległości co najmniej), to jak dla mnie Norwegia – USA 1:0. Choć zwycięstwo nie jakieś znaczne, by nie było już szans na rewanż.
najlepszy moment: HEVN – FREE
ocena: 7/10
