rageman.pl
Film

Zwierciadło

rok: 1975

reżyseria: Andrei Tarkovsky

Lubię się czalendżować – także jeśli chodzi o obcowanie ze Sztuką. Lubię docierać w zupełnie nowe rejony i nawet jeśli te konfrontacje bywają trudne i mało przyjemne, to zawsze są też wartościowe – bo mam po nich poczucie poszerzenia możliwości percepcyjnych. I nierzadko kolejne podejścia do danego dzieła mają zgoła odmienny charakter.

Czy tak będzie ze „Zwierciadłem”?

Już seans opisywanej tu jakiś czas temu „Nostalgii” nie należał do najprostszych. Powiedzieć że kino Tarkowskiego to kino z jednej strony niespieszne, z drugiej dość nielinearne, a jeszcze z trzeciej mocno przegadane to jak nic nie powiedzieć. Przy czym wciąż w przypadku „Nostalgii” dało się wyłuskać jakąś fabułę, motyw główny.

„Zwierciadło” tymczasem to już jest czysty strumień świadomości. Bez jakichkolwiek ram fabularnych, chronologicznych, przyczynowo-skutkowych. Aby jeszcze zagmatwać, ci sami aktorzy grają kilka ról, oczywiście nie próbując nawet specjalnie odróżnić jednej kreacji od drugiej, czy to wizualnie czy w jakikolwiek inny sposób. O przeładowaniu symboliką już nawet nie wspomnę, bo to na tym etapie znajomości z Tarkowskim wydaje się oczywiste.

Czy więc „Zwierciadło” jest li zwykłym bełkotem? Bynajmniej.

Już „Nostalgia” pokazała że Tarkowski, jak to śpiewał klasyk, lubi wracać tam gdzie był. I takim powrotem jest też „Zwierciadło”. W swojej książce „Czas utrwalony” (anglojęzyczny tytuł da się przetłumaczyć jako „rzeźbienie w czasie”, co idealnie uchwytuje ideę kina Tarkowskiego) pisze o tym, że dzięki „Zwierciadło” pozbył się nawiedzających go snów o dzieciństwie. I oglądając film jestem w stanie to zjawisko zrozumieć. Przypuszczam, że każdy ma zakodowane w świadomości sceny z dzieciństwa, które same w sobie nawet niekoniecznie muszą mieć większy sens czy nawet istotność dla kolei życia danego osobnika. Ale lubimy przyglądać się im w myślach – bo wywołują miłe skojarzenia, może nawet stanowią swoisty azyl. I „Zwierciadło” jest właśnie kolażem takich scen. A zarazem są tu też fragmenty późniejszego życia Narratora – dzięki czemu możemy zobaczyć, jak okoliczności, o których wiedzę w skrawkach można wyciągnąć we wspomnianych scenach z dzieciństwa, ukształtowały go i wpłynęły na jego późniejsze losy – w tym głównie z kobietami. Całość więc to nie tyle beztroska podróż w lata najwcześniejsze, co bardziej rachunek sumienia człowieka majaczącego na łożu śmierci.

W pewnym momencie, przeładowany symboliką, przegadany narracją z offu (tj. wierszami czytanymi przez ojca reżysera) i całkowicie pogubiony w sekwencji kolejnych scen, wywiesiłem białą flagę, uznając że nie mam sił nawet próbować skleić to co widzę w logiczną całość. Postanowiłem podejść do tego tak, jak nierzadko podchodzę do filmów Lyncha, dając się po prostu ponieść temu co widzę. I okazało się, że właśnie wtedy „Zwierciadło” nabiera sensu. Czy to oznacza, że przyjemność z seansu się zwiększyła? Niekoniecznie. Bo to wciąż sen osoby, która z dosyć dużą dozą żalu patrzy na swe życie, a wspomnieniami z beztroskiego dzieciństwa równoważy to co wydarzyło się później. I trudno mi się oprzeć wrażeniu, że być może to jeszcze nie ten moment, by w pełni zrozumieć to, co Tarkowski chciał w „Zwierciadle” przekazać.

Dlatego, jeśli zdrowie dopisze, widzimy się w „Zwierciadle” za jakieś kolejne 40 lat.

najlepszy moment: tam, gdzie logika snu już najbardziej puszcza lejce

ocena: 8,25/10