Faraon
rok: 1966
reżyseria: Jerzy Kawalerowicz
Co do zasady uczucie wstrętu, w szczególności w kinie, jest mi stosunkowo obce. Ale jeśli miałbym już wymienić konkretne przypadki, to na pewno jest to tzw. polski mix kina historycznego z adaptacjami lektur. Zrozumieją to millenialsi, których lata edukacji szkolnej przypadły na peak tego „gatunku” na przełomie wieków. U mnie ta awersja była dodatkowo napędzana tym, że mój Tato regularnie katował te filmy w domu – a umówmy się, to nie jest specjalnie ciekawa estetyka dla siedmiolatka.
Wraz z wiekiem człowiek nabiera jednak chęci by dać szansę i skonfrontować się z tym, co wcześniej było barierą nie do przejścia. I nagle się okazuje, że nie taki diabeł straszny – choćby taki „Potop”, o którym tu już kiedyś pisałem, a w zeszłym roku obejrzałem jego zremasterowaną wersję na Timeless Film Festival. Po prostu wielkie kino, nawet bez patrzenia na nie przez patriotyczne okulary.
A jak się sprawa ma z innym klasykiem z tamtych lat, „Faraonem”?
Przede wszystkim trzeba odnotować to, jak wiele ten film różni od wspomnianego „Potopu”, nie tylko jeśli chodzi o czas i miejsce akcji. W internecie można natknąć się na taką wypowiedź Kawalerowicza: „atrakcyjność Prusa polegała na tym, że był bardziej intelektualny niż Henryk Sienkiewicz. Moim zdaniem, Sienkiewicz był takim Hoffmanem… Natomiast Prus był Kawalerowiczem…”. I trudno nie przytaknąć temu porównaniu, a nawet pokusiłbym się o inne porównanie, bardziej „współczesne” – jeśli „Potop” to „Gwiezdne Wojny”, to „Faraon” jest jak „Diuna” Villeneuve’a.
Bo choć jest to bez wątpienia kino wielkie i epickie, to nie forma jest tu sednem, a treść. Głód władzy? Konflikt religii z polityką? Nieunikniona klęska Jednostki w konfrontacji z Systemem? Nie brzmi to znajomo? A przecież zarówno książka Prusa powstała dekady przed dziełem Franka Herberta, jak i film Kawalerowicza przed filmem Kanadyjczyka! Oczywiście jest spore prawdopodobieństwo, że autor „Diuny” nigdy nawet nie zetknął się z powieścią Polaka, a co dopiero się nią inspirować, ale fascynujące są te zbieżności. A może tylko ja je widzę?
O wiele bardziej prawdopodobne jest jednak, że film Kawalerowicza, nominowany do Oscara i powszechnie uchodzący za jedno z czołowych osiągnięć polskiej kinematografii, mógł trafić do autora nowej adaptacji filmowej „Diuny”. Bo choć obie historie rozgrywają się w skrajnie różnych czasoprzestrzeniach, to estetycznie leżą znacznie bliżej siebie. Kawalerowicz, choć dysponował – nie uwzględniając inflacji – pewnie mikroskopijnym procentem tego co dostał Kanadyjczyk od producentów, to udało mu się osiągnąć na ekranie Rozmach. Są wielkie plenery, panoramy, dopieszczona scenografia i kostiumy, a nawet i batalistyczne sceny mamy. Jednocześnie jest to niemal arthousowe kino – gdzie akcję napędzają przede wszystkim dialogi, gdzie ogrom rzeczy dzieje się w kameralnych kadrach, a przede wszystkim – gdzie całość rozwija się wolno. Bardzo wolno. Baaaaardzo wolno. I chyba tutaj mam największy problem. Bo o ile akcja w filmowej „Diunie” rozwijała się powoli, to miało to sens – obserwowaliśmy wpierw rozstawienie pionków na planszy, ale w odpowiednim momencie krzyknięto „Akcja!”. W „Faraonie” te proporcje na pewno są o wiele bardziej niekorzystne dla osób przyzwyczajonych do współczesnych standardów filmowych. Choć nie powiem, ostatni akt naprawdę trzyma w napięciu. Ale czy wynagradza kwadranse oczekiwania?
Ale niech minusy nie przysłonią plusów – to świetne kino, tyle że niekoniecznie najlepiej się starzejące.
najlepszy moment: scena z zaćmieniem słońca
ocena: 8,5/10