Tom Morello
gdzie: Stodoła, Warszawa
kto: Tom Morello, The Last Internationale
Koncertowe wakacje rozkręcają nam się na całego. O ile jeszcze Orange Warsaw Festival traktuję jako przystawkę, bo też w line-upie nie było nikogo na czyj koncert wyczekiwałbym z wytęsknieniem, tak dzisiaj będziemy mówić o daniu głównym. A właściwie pierwszym z dań głównych.
Mój koncertowy wishlist robi się coraz krótszy, ale największego z marzeń najprawdopodobniej już nie spełnię – Rage Against The Machine na żywo. Boli tym bardziej, że kto miał bilet na ten koncert wie jak było blisko. Dlatego trzeba korzystać z substytutów jakie tylko się nadarzają i przejeżdzają przez Polskę. Takim to substytutem był chociażby koncert Prophets of Rage na Open’erze w 2017. I z jednej strony serce mi się radowało słysząc kawałki Rejdżów grane przez instrumentalistów stojących za tymi kompozycjami (a w bonusie, z racji obecności w składzie B-Reala i Chucka D, także Cypress Hill i Public Enemy). Z drugiej jednak strony chyba nikt nie łudził się, że jest to poważny projekt – w najlepszym wypadku Festiwal Nostalgii, w najgorszym – bo i takie zarzuty padały – zwykły skok na kasę. A wydany w trakcie kilkuletniego żywota tego składu debiutancki i jedyny album potwierdził, że o żadnej nowej jakości mowy tu nie będzie. Dlatego też bez większego żalu odpuściłem drugi festiwalowy koncert nad Wisłą, tym razem na Owsiakowy Pol’and’Rock Festivalu. Tuż potem RATM ponownie się zeszli i tyle było po Prophets of Rage.
Inaczej jednak trzeba traktować solową działalność gitarzysty RATM. Po pierwsze, trwa już ona dobre dwie dekady i przyniosła ona cały pakiet albumów – raz lepszych a raz gorszych, ale też nigdy nie schodzących poniżej pewnego poziomu. Po drugie zaś, chociaż Morello nie wyzbędzie się – bo też czemu miałby to robić – charakterystycznego soundu swej gitary, to nie można powiedzieć, by nie próbował definiować się na nowo. Jako The Nightwatchman nawiązywał do tradycji folkowych buntowników, w projekcie Street Sweeper Social Club zaś, choć korzystał z tych samych, rapowych i funkowych składników co RATM, to próbował stworzyć coś więcej niż chamską kalkę. Od kilku lat zaś, na płytach podpisywanych własnym nazwiskiem, nawiązuje kolaboracje z muzykami z tak różnych światów, że nie zdziwię się, jak i w disco polo znajdzie odpowiedni podkład pod głoszenie swych rewolucyjnych haseł. Dodajmy jeszcze do tego niezliczoną ilość sidequestów (choćby z zeszłego roku – produkcja albumu gitarzysty Maneskin, reżyseria dokumentu o Judas Priest, dyrekcja artystyczna pożegnalnego koncertu Ozzy’ego) i wychodzi na to, że Pan Tomasz może jednak ma większe ambicje niż odcinanie kuponów po swym najsłynniejszym bandzie.
I rzeczywiście – jeśli ktoś liczył, że solowy koncert TM wypełnią utwory popełnione przez niego w latach 90-tych, to mógł się srodze zawieść. Choć oczywiście bohater wieczoru wiedział, że nigdy by mu nie wybaczono gdyby po te utwory nie sięgnął – więc już stosunkowo wcześnie wybrzmiało intro do „Testify”… które szybko przeszło w „Take the Power Back”, a ten zaś w „Freedom”. Kolejna porcja hitów RATM przyszła później także w formie medley’a (m.in. „Bombtrack”, „Know Your Enemy”, „Bulls on Parade”). Ale też czy się można dziwić? Mało kto potrafi tak nawinąć jak Zack de la Rocha, a na pewno nikogo takiego nie było w koncertowym składzie Morello. Jedyny wyjątek zrobił dla „Killing in the Name” – tyle, że tutaj wystarczyło oddać głos publiczności (moment typu ciarki).
Więc co, jeśli nie utwory RATM? Oczywiście przekrój przez solową działalność. A przede wszystkim jednak – cudzesy. Te w miarę oczywiste, jak „The Ghost of Tom Joad” (w wersji bliższej oryginałowi Springsteena niż temu, co zaproponował przed laty RATM) czy „Power to The People” Johna Lennona. Ale też dość zaskakujące, jak „For The Love of God” Steve Vai’a. Przypuszczam, że wybór tego ostatniego podyktowany był możliwością, jaką daje ten utwór dla popisów gitarowych. Bo oto się okazało, że w rodzinie Morello geny są jeszcze lepsze niż u Sydney Sweeney. Wprawdzie Romanowi Morello bliżej do klasycznego wymiatania pokroju Vai’a właśnie czy Eddiego Van Halena niż do eksperymentów Ojca, to wszystko jeszcze może się odmienić – wszak mówimy o nastolatku. Swój moment miał też w „Mr. Crowley” wspomnianego Ozzy’ego Osbourne’a – w tle na telebimie (który przez większość koncertu wyświetlał rozmaite zdjęcia z treścią podobną do tych z teledysków RATM) w tym momencie wyświetlono ikoniczne zdjęcie Ozzy’ego unoszącego Randy Rhoadsa.
Był to moment wzruszający, ale nie najbardziej wzruszający. Bo oto w medleyu Rage’owym w pewnym momencie Morello sięga po riff „Cochice” Audioslave, swej drugiej najsłynniejszej kapeli. Nie grają jednak całego utworu, zamiast tego Gospodarz zapowiada, że kolejny utwór dedykują Chrisowi Cornellowi. „Like a Stone”. Na telebimie zdjęcie zmarłego przyjaciela Toma (choć później pokazano też zdjęcia Taylora Hawkinsa z Foo Fighters czy Ace’a Frehley’a z Kiss), uwagę zwraca jednak wolno stojący mikrofon. Ten patent Morello znałem już ze wspomnianego koncertu Prophets of Rage, ale tu zadziałał znacznie mocniej – dzięki klubowej atmosferze, gdzie jedyne światło padało na ten mikrofon, ale przede wszystkim dzięki publice, pozbawionej przypadkowych festiwalowiczów, śpiewającej każde słowo refrenu. Ścisk w gardle.
Tom Morello okazał się mieć dobrą pamięć (albo odrobił pracę domową) i przypomniał, że poprzednim razem był w naszej stolicy niemal równe 32 lata temu, z wiadomym zespołem. Oby na kolejny koncert, niezależnie pod jakim szyldem, nie kazał czekać do 2058.
(Wspomnijmy jeszcze o supporcie, The Last Internationale. Nie będę ukrywać, mam trochę problem z tym zespołem. Nie jest to złe granie, znają swój fach. Ale też gdybym nie znał ich prawie 20-letniej historii, nie wiedział o płytach wydanych w Sony Music, tego że swego czasu perkusyjnie wspierał ich Brad Wilk – jak widać wszystko zostaje w rodzinie – to słuchając ich koncertu byłbym skłonny uwierzyć, że dopiero co wyszli z garażu jako obiecujący debiutanci. Może ta rola supportu jest im po prostu pisana?).
najlepszy moment: LIKE A STONE
ocena: 8,75/10