rageman.pl
Film

Bez lęku

rok: 1993

reżyseria: Peter Weir

Timeless, podobnie jak chyba wszystkie inne festiwale filmowe, także ma swoje bloki tematyczne, w których przodują retrospektywy reżyserskie. Ubiegłoroczna edycja była poświęcona przede wszystkim zmarłemu kilka miesięcy wcześniej Davidowi Lynchowi, w tym roku zaszczytu dostąpił, na szczęście wciąż żyjący, Peter Weir. Spodziewajcie się więc w najbliższym czasie sporo wpisów poświęconych jego dziełom. Dzisiaj pierwszy z nich.

Gdyby wskazać jeden z ulubionych motywów Australijczyka, opisałbym go w ten sposób: „mężczyzna niepasujący do otaczającego go świata”. Czasem z własnej winy, wynikającej z dokonanych wyborów lub takiej a nie innej postawy życiowej, ale bywa, że mimowolnie jest rzucany w zaskakujące, niemal surrealistyczne okoliczności. „Bez lęku” to ten drugi przypadek.

Bo w gruncie rzeczy Max Klein (Jeff Bridges) to dość normalny, ustatkowany facet – z dobrą pracą i kochającą rodziną. Ma swoje „przywary” – np. ma alergię na truskawki i boi się latać samolotami. Ale któż ich nie ma? Pewnego razu, pomimo wspomnianego lęku przed lotami, musi odbyć podróż służbową – która to kończy się katastrofą samolotu. Większość pasażerów ginie, pozostali doznają obrażeń… poza Maxem, który wychodzi z tej tragedii bez jakiegokolwiek uszczerbku na zdrowiu. A przynajmniej fizycznym – bo w psychice zachodzi kolosalna przemiana.

Jak to jest przeżyć własną śmierć? I jakie zmiany na psychice takie doświadczenie może wywołać? Przyznam szczerze, że przed seansem, czytając zajawkę fabuły filmu, nastawiałem się na klimat bliski „Truman Show”, wspomniany już surrealizm. I na początku trochę tak jest – Max po wypadku zachowuje się tak, jak zresztą sugeruje tytuł filmu – jakby nie bał się absolutnie niczego. Wcina truskawki, przechodzi przez jezdnię pełną pędzących samochodów, staje na krawędzi wieżowca, jednym słowem – permanentnie kusi los. Ale im dalej w las, tym film coraz mocniej odsłania swoje prawdziwe, w pełni dramatyczne oblicze. Bo oto okazuje się, że życie bez strachu przed śmiercią to jednocześnie życie bez poczucia sensu, życie wywróconego do góry nogami. Życie w którym rozumieją cię tylko ci, którzy przeżyli to samo – dlatego też Max, coraz bardziej oddalony od żony, nawiązuje bliską relację z inną pasażerką feralnego lotu (przeżywającą własną tragedię, obwiniając się za śmierć lecącego z nią dziecka), a pochodzącą ze skrajnie innego świata niż Maxa.

W Weirowskiej skali „Bez lęku” jest przeważnie opisywany jako Ten Niedoceniony. I w sumie trudno z tym polemizować – finansowa wtopa, jedyne nagrody jakie wpadły to za drugoplanową rolę Rosie Perez. Nagrody zresztą słuszne, acz Bridges także staje tu na wysokości zadania. Problem polega jednak na tym, że Jim Carrey, Robbie Williams czy Harrison Ford grając u Weira konstruowali rolę tak, by porwać tłumy, tymczasem bohater Bridgesa coraz bardziej izoluje się od wszystkich. Nie ma tu też tej onirycznej magii znanej choćby z „Pikniku pod wiszącą skałą”.

Innymi słowy – „Bez lęku” trudno pokochać. A jednak na tę miłość zasługuje. Spokojnie ścisła topka filmów Weira.

 

najlepszy moment: scena katastrofy, z muzyką Henryka Góreckiego

ocena: 8,75/10