Bob Dylan – MTV Unplugged
rok wydania: 1995
wydawca: Columbia
No nieźle, 3 lata o Dylanie nie pisaliśmy!
Dziś MTV to synonim szamba, ale ja naprawdę pamiętam czasy, kiedy ten kanał (hm, dość adekwatne słowo w kontekście dzisiejszego repertuaru tejże stacji) telewizyjny dawał radę, kiedy wręcz pchał rozwój muzyki do przodu. Na start w ’81 roku i rewolucję w dziedzinie teledysku się nie załapałem, ale ostatnią dekadę minionego wieku już jak najbardziej. A tam – Beavis & Butthead, którzy pogonili hairmetalowców i innych badziewiarzy i zrobili miejsce w mainstreamowej przestrzeni muzycznej dla tych, którzy mieli JAJA. No i MTV Unplugged – formuła, która zweryfikowała jakość muzyki pierwszej połowy lat 90tych, pozytywnie w większości przypadków (zawsze jednak żałowałem, że Brytole generalnie raczej takiej szansy nie dostali). Ale też i pomogła przypomnieć o sobie legendom dekad poprzednich. Bob Dylan chyba najlepszym przykładem.
Choć mogło być zupełnie inaczej. Wieść gminna niesie, że początkowo Zimmermann planował złożyć set występu wyłącznie z tradycyjnych pieśni folkowych. Włodarze MTV popukali w czoła, najpierw swoje, potem Dylana, odwodząc go skutecznie od tego zamysłu. I cóż – dobrze zrobili. Bo należy docenić indywidualność tego faceta, jego pomysł na siebie. Tyle że jak pokazała sprzedaż omawianego tu swego czasu „World Gone Wrong”, coraz mniej osób chciało konfrontować się z nowymi pomysłami „Like A Rolling Stone”, umacniając jednocześnie wizerunek zramolałego kolesia o wokalu beczącej kozy. Potrzeba było przypomnieć światu, czemu dzierży się status legendy. I tu w sukurs przyszło MTV.
Być może szefostwo MTV aż za mocno popukało Boba we wspomniane czoło, bo na 12 piosenek aż 10 pochodzi z lat 60tych (a 2 pozostałe z sesji do „Oh Mercy” z ’89, w tym „Dignity”, który na tamtą płytę się nie załapał)! Owszem, to był ewidentnie najlepszy okres jego twórczości, ale przecież później też zdarzały mu się wybitne piosenki, godne przypomnienia przy takiej okazji. Może jednak trochę poszedł na łatwiznę? W końcu najłatwiej do formuły akustycznej najłatwiej przekonwertować te numery, które już w oryginalnej wersji opierały się na gitarze akustycznej i harmonijce…
Dobra, nie ma co narzekać. Tym bardziej, że jednak dość napracowano się nad zawartymi tu aranżacjami. Zaskoczeń co prawda nie ma, żaden folk nie stał się nagle polką, a blues muzyką country, postawiono głównie na poszerzenie instrumentarium, uwypuklając odrobinę Hammondy (obsługiwane przez samego Brendana O’Briena) kosztem Dylanowskiej harmonijki. Słucha się tego przepysznie, a w niektórych momentach z ekstazą niemalże. Jak w „All Along The Watchtower” (chyba najbliższy w brzmieniu temu, czym grunge’owcy czarowali na koncertach unplugged), „Desolation Row” czy poruszającym closerze „With God On Our Side”.
Tyle warstwa instrumentalna. Co do wokaliz natomiast… Jak wiadomo, od dłuższego czasu przy słuchaniu śpiewu (?) Dylana trzeba brać poprawkę na jego wiek. Nie da się jednak ukryć, że momentami da się odczuć ból w uszach przy obcowaniu z tym koncertem. Co najgorsze, odbywa się to przy akompaniamencie największych przebojów, „Knockin On Heaven’s Door” i „Like A Rolling Stone”. Szczególnie tego pierwszego żal, bo cały kunszt eleganckiej aranżacji rozbija się o „specyficzną” interpretację Dylana. Szczerze mówiąc to już wolę słuchać growli Waitsa.
Niemniej – świetny zapis koncertu, który opatrzony możliwością wyłączania ścieżki wokalnej mógłby nawet jeszcze bardziej zachwycać.
najlepszy moment: WITH GOD ON OUR SIDE
ocena: 8/10