Bob Dylan – Time Out of Mind
rok wydania: 1997
wydawca: Columbia
Jak wspomnieliśmy w poprzedniej notce, „MTV Unplugged” Dylana można uznawać za początek jego revivalu po chudych latach 80tych i początku lat 90tych. Wypadało jednak potwierdzić formę autorskim materiałem, na który czekano już od 7 lat (na „World Gone Wrong” składały się same covery). I oficjalnie „Time Out Of Mind” takim potwierdzeniem jest. Hiperentuzjastyczne recenzje stawiające album w jednym rzędzie nawet z klasykami z początkowego okresu działalności, nader przyzwoita sprzedaż, a jako „truskawki na torcie” (copyright by Tomasz Hajto) – nagroda Grammy w kategorii Album Roku. Fajnie. Tyle że nie opuszcza mnie banalnie proste pytanie – o co chodzi?
Nie aby to był zły album, wręcz przeciwnie. Słucha się go całkiem wybornie. Pytanie tylko, na ile przyczyna tkwi w piosenkach, a na ile w ich brzmieniu. Daniel Lanois wykonał tu arcygenialną robotę (choć ponoć okupioną tym, że dziś z Bobem już raczej relacji towarzyskich nie utrzymuje) – totalnie firmowy sound, choć jakże różny od tego który słyszeliśmy na także przez niego wyprodukowanym „Oh Mercy”. Niesamowite, jak ten Dylanowski blues brzmi tutaj nowocześnie i pysznie oldschoolowo jednocześnie. Wzorzez tego typu grania dla wszystkich tych młodzików, którzy próbują wskrzesić ten gatunek – od Black Keys po Jacka White’a (który zresztą wraz z The White Stripes coverował zawarty tu „Love Sick”).
„Love Sick”… tak, rzeczywiście jest to dosyć mocne otwarcie płyty, ze świetnie przetworzonym śpiewem Dylana i instrumentarium roztaczającym tajemniczą, niepokojącą atmosferę. Ale potem mamy „Dirt Road Blues” – rockabilly niemalże, tyleż stylowe, co zupełnie nic nowego nie wnoszące do twórczości autora „Blonde on Blonde”. I problem w tym, że właściwie o większości numerów tu zawartych można to powiedzieć. Jasne, na trzydziestej (!) już płycie trudno czymkolwiek zaskoczyć. Ale od „Albumu roku”, który rzekomo należy wręcz stawiać na jednej półce z takimi dziełami jak „Highway 61 Revisited” należy wymagać, nieprawdaż? A jakoś, przy naprawdę olbrzymiej sympatii dla „Not Dark Yet”, „Can’t Wait” czy najdłuższego w historii piosenkopisarstwa Dylana, 16minutowego „Highlands”, nie potrafię tych piosenek zestawić z tak epokowymi dziełami jak „Like A Rolling Stone”, „Mr Tambourine Man” czy „All Along The Watchtower”. No nie ma takiej opcji. W tym kontekście najbardziej zaskakujący, a i przez to najlepszy wydaje mi się „Make You Feel My Love” – miłosna ballada scoverowana przez pierdyliard artystów, z Adele na czele, przez którą Dylan zebrał baty od swych die-hard fanów.
Jestem w stanie zgodzić się, że to najlepszy autorski materiał Dylana od 2 dekad, który rzeczywiście zyskuje z każdym przesłuchaniem. Ale nie zmienia to mojego odczucia, że generalnie widzi się w tym albumie więcej, niż zawiera on w rzeczywistości.
najlepszy moment: MAKE YOU FEEL MY LOVE
ocena: 7,5/10