Mainpoint
kto: Mainpoint, Kevin Arnold
no i wyszedl wreszcie kulturalny wieczor. w miare.
godzina 20.00, makdonald. maciek i znow lehu. uderzamy do Medyka. chociaz pierwotnie w planach bylo Ucho i Psi Vojaci, to stwierdzilem ze bedzie taniej i tez miedzynarodowo. bo tym razem w Medyklu goscilismy zaloge z niemiec…
niestety impreza okazala sie organizacyjna klapa. promocji nie bylo w sumie zadnej. efekt? publicznosc w liczbie okolo 20 osob (i tak zaokraglilem). raz ze wygladalo to kiepawo strasznie, dwa ze rzutowalo na odbior tego co dzialo sie na scenie… acz wielkie pozdro dla ekipy MiniOrkiestry potrafiacej rozkrecic kazda impreze 🙂 poza chlopakami z
MO, w tym i endriusem, wpadl jeszcze do medyka antonio i tyle jesli chodzi o znajome ryje.
niestety na tym nie koniec porazek organizatorow. dobor wykonawcow. jakim cudem przed zespolem Mainpoint, grajacym dzwieki spod znaku Type O Negative, wystapil Kevin Arnold??? ja rozumiem ze w roznorodnosci sila, ale taki o takie zestawienie to tylko albo osoba ze sklonnosciami paranoicznymi mogla sie pokusic, albo ktos zwyczajnie gluchy. ale dobra, nie kopmy juz lezacego, bo i tak mysle ze ktos tu chyba bedzie ostro w plecy jesli chodzi o zysk (sic!) z koncertu.
wiec przejdzmy juz do rzeczy znacznie przyjemniejszej. dzwieki. przed godzina 21.00 zaczal sie produkowac wspomniany Kevin Arnold. ostatni raz panow widzialem rowniez w Medyku i to calkiem niedawno, wiec niewiele nowego moge tu powiedziec. dalej trio, dalej profeska wykonawcza, dalej wlasny styl i dalej bez kontraktu. aczkolwiek panowie juz tyle dzialaja, ze chyba juz specjalnego cisnienia na ekspansje medialna nie ma. choc mam wrazenie, ze mimo wszystko panowie moga miec takie dzialania w sferze planow, a przynajmniej marzen. skad to podejrzenie? nowe utworu. taneczna pulsacja, przystepniejsze (acz bez przesady gitary)… no, mysle ze panowie z tematem „nowej rockowej rewolucji” sa zaznajomieni. i osobiscie BARDZO MI SIE TO PODOBA. autentycznie. zwlaszcza ze zmieszane to ze starymi, znacznie bardziej alternatywnymi dzwiekami ciekawie wzbogaca wizerunek zespolu. i przyznam, ze nie mialbym nic przeciwko gdyby poszli w tym kierunku, zachowujac przy tym zdrowy umiar. na pewno lepiej wyszliby na tym anizeli tworzac jeszcze widniejaca w repertuarze smetasy ktore moga konkurowac z myslovitz.
niecala godzina, niezawodna konfenansjerka pana wokalisty i klasyczna „farelka” na bis. koncert jako calosc nienajlepszy (choc tu wina raczej lezy po stronie publicznosci, a raczej jej nieobecnosci), niemniej aktu dania ciala nie bylo.
kwadrans przerwy i na scenie instaluja sie goscie z kraju modern talking i hitlera.
przyznam ze jeszcze dzisiejszego poranka nazwa Mainpoint nie byla mi znana. lukamy na website, juz konceretowe doswiadczenie jest. festiwale, supportowanie itp. i to ogranie bylo slychac, na tyle ile warunki w Medyku pozwolily to uslyszec. nie moge nic zarzucic ani panu perkusiscie, ani basiscie i spiewajacemu gitarzyscie pod wzgledem technicznym. jesli zas chodzi o tresc dzwiekow przez nich generowanych…
na stronie panowie okreslaja sie jako goth’n’roll. i, jakkolwiek brzmi to absurdalnie, to cos w tej etykietce jest. glos pana wokalisty ewidentnie gotycki. nie chce porownywac do type o negative, bo to ewidentnie nie ta klasa i nie ta charyzma co peter steele, ale juz do wokala 69 eyes blizej. plusem bylo to, ze nie ograniczal sie pan do gotyckiego mruczenia, bo i zwyczajnie metalowo warknac tez potrafil. tyle goth. natomiast roll to juz bardziej ze wzgledu na muzyke. punkowe niemal galopady, proste aranzacje. ja jestem na tak, z odpowiednim przymrozeniem oka. natomiast z pewnym piosenek rokendrol wyparowal i zostawalo juz tylko gotycki nastroj, melancholia. i wtedy ja osobiscie pasuje i nie chce miec do czynienia z czyms takim.
mowilem wczesniej o skladzie zespolu i pominalem celowo jednego muzykanta. i w sumie dalej bym chcial go pominac, ale obowiazek zdawania obiektywnych, rzecozwych relacji zobowiauje hehe.
chyba nie ma instrumentu ktory wywolywalb wieksze kontrowersje w muzyce rockemtalowej co klawisze. zespoly, u ktorych akceptuje dzwieki generowane przez ten szkaradny instrument, moznaby policzyc na palcach jednej reki. ze wzgledu na swoje pompatyczne brzmienie z niezwykla latwoscia jest w stanie sprowadzic najbardziej nawet wysublimowane dzwieki do poziomu pseudowynioslego gowna.. trzeba miec wyobraznie godna chociazby pattona i kolegow z faith no more by takie klawisze nie tylko nie przeszkadzaly, ale nawet i wspomagaly muzyke. nie wiem czy to kwestia nieumiejetnosci czy swiadomego wyboru, niestety to co klawisze robily z muzyka Mainpointa to koszmar… oczywiscie zdaje osbie sprawe z tego jak bardzo jest to subiektywna opinia jesli chodzi o historie klawiszy w muzyce jako takiej. niemniej jednak dla mnie u Niemcow brzmialo to niemalze zalosnie i przez caly czas probowalem w glowie wylaczyc sciezke tego instrumentu. czasem pan klawiszowiec dawal sobie spokoj i jakze fajniej to wtedy brzmialo! choc zapewne kwestia wyrzucenia klawiszowca to amrzenie scietej glowy. ale mysle ze mam niezgorsza wyobraznie i jesli jeszcze dane mi bedzie uslyszec gdzies chlopakow to wciaz bede w stanie sciszyc te klawisze w mojej glowie.
tyle jesli chodzi o muzyke. o koncercie opinia bedzie niepelna, gdyz niestety koeledzy leszek i antonio wyperswadowali mi chec dalszego uczestnictwa w koncercie. niemniej z tego co przez te pol godziny zaobserwowalem to raczej ciezko bedzie chlopakom z niemiec uznac ten wystep za specjalnie udany. choc zdawkowe oklaski byly, choc wokalista proboal poroumiec sie z ta garstka ludzi obecnych w Medyku, to jednak zal bylo patrzec na to wszystko. szkoda, no szkoda.
niemniej, nie zaluje tych 5 zlotych. co muzyka to muzyka jednak.
najlepszy moment: MAINPOINT – THE END
ocena: 5/10
