Mainpoint
kto: Mainpoint, Kevin Arnold
No i wyszedł wreszcie kulturalny wieczór. W miarę.
Niestety impreza okazała się organizacyjną klapą. Promocji nie było w sumie żadnej. Efekt? Publiczność w liczbie około 20 osób. I tak zaokrągliłem. Raz, że wyglądało to kiepawo strasznie, dwa — rzutowało na odbiór tego, co działo się na scenie.
Niestety na tym nie koniec porażek organizatorów. Dobór wykonawców. Jakim cudem przed zespołem Mainpoint, grającym dźwięki spod znaku Type O Negative, wystąpił Kevin Arnold??? Ja rozumiem, że w różnorodności siła, ale o takie zestawienie to tylko albo osoba ze skłonnościami paranoicznymi mogła się pokusić, albo ktoś zwyczajnie głuchy. Ale dobra, nie kopmy już leżącego, bo i tak myślę, że ktoś tu chyba będzie ostro w plecy jeśli chodzi o zysk (sic!) z koncertu.
Więc przejdźmy już do rzeczy znacznie przyjemniejszej. Dźwięki.
Przed godziną 21.00 zaczął się produkować wspomniany Kevin Arnold. Ostatni raz panów widziałem również w Medyku i to całkiem niedawno, więc niewiele nowego mogę tu powiedzieć. Dalej trio, dalej profeska wykonawcza, dalej własny styl i dalej bez kontraktu. Aczkolwiek panowie już tyle działają, że chyba specjalnego ciśnienia na ekspansję medialną nie ma. Choć mam wrażenie, że mimo wszystko panowie mogą mieć takie działania w sferze planów, a przynajmniej marzeń.
Skąd to podejrzenie? Nowe utwory. Taneczna pulsacja, przystępniejsze — acz bez przesady — gitary… no, myślę że panowie z tematem „nowej rockowej rewolucji” są zaznajomieni. I osobiście BARDZO MI SIĘ TO PODOBA. Autentycznie. Zwłaszcza że zmieszane to ze starymi, znacznie bardziej alternatywnymi dźwiękami ciekawie wzbogaca wizerunek zespołu. I przyznam, że nie miałbym nic przeciwko, gdyby poszli w tym kierunku, zachowując przy tym zdrowy umiar. Na pewno lepiej wyszliby na tym aniżeli tworząc jeszcze widniejące w repertuarze smętasy, które mogą konkurować z Myslovitz.
Niecała godzina, niezawodna konferansjerka pana wokalisty i klasyczna „farelka” na bis. Koncert jako całość nienajlepszy — choć tu wina raczej leży po stronie publiczności, a raczej jej nieobecności — niemniej aktu dania ciała nie było.
Kwadrans przerwy i na scenie instalują się goście z kraju Modern Talking.
Przyznam, że jeszcze dzisiejszego poranka nazwa Mainpoint nie była mi znana. Lukamy na website — już koncertowe doświadczenie jest. Festiwale, supportowanie itepe. I to ogranie było słychać. Na tyle, na ile warunki w Medyku pozwoliły to usłyszeć. Nie mogę nic zarzucić ani panu perkusiście, ani basiście i śpiewającemu gitarzyście pod względem technicznym. Jeśli zaś chodzi o treść dźwięków przez nich generowanych…
Na stronie panowie określają się jako goth’n’roll. I jakkolwiek brzmi to absurdalnie, to coś w tej etykietce jest. Głos pana wokalisty ewidentnie gotycki. Nie chcę porównywać do Type O Negative, bo to ewidentnie nie ta klasa i nie ta charyzma co Peter Steele, ale już do wokala 69 Eyes bliżej. Plusem było to, że nie ograniczał się pan do gotyckiego mruczenia, bo i zwyczajnie metalowo warknąć też potrafił.
Tyle goth. Natomiast roll to już bardziej ze względu na muzykę. Punkowe niemal galopady, proste aranżacje. Ja jestem na tak, z odpowiednim przymrużeniem oka. Natomiast z pewnych piosenek rock’n’roll wyparowywał i zostawał już tylko gotycki nastrój, melancholia. I wtedy ja osobiście pasuję i nie chcę mieć do czynienia z czymś takim.
Mówiłem wcześniej o składzie zespołu i pominąłem celowo jednego muzykanta. I w sumie dalej bym chciał go pominąć, ale obowiązek zdawania obiektywnych, rzeczowych relacji zobowiązuje hehe.
Chyba nie ma instrumentu, który wywoływałby większe kontrowersje w muzyce rockowo-metalowej niż klawisze. Zespoły, u których akceptuję dźwięki generowane przez ten szkaradny instrument, można by policzyć na palcach jednej ręki. Ze względu na swoje pompatyczne brzmienie z niezwykłą łatwością jest w stanie sprowadzić nawet najbardziej wysublimowane dźwięki do poziomu pseudowyniosłego gówna. Trzeba mieć wyobraźnię godną chociażby Pattona i kolegów z Faith No More, by takie klawisze nie tylko nie przeszkadzały, ale nawet wspomagały muzykę.
Nie wiem czy to kwestia nieumiejętności czy świadomego wyboru, niestety to, co klawisze robiły z muzyką Mainpointa, to koszmar. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo jest to subiektywna opinia jeśli chodzi o historię klawiszy w muzyce jako takiej. Niemniej jednak dla mnie u Niemców brzmiało to niemalże żałośnie i przez cały czas próbowałem w głowie wyłączyć ścieżkę tego instrumentu. Czasem pan klawiszowiec dawał sobie spokój i jakże fajniej to wtedy brzmiało! Choć zapewne kwestia wyrzucenia klawiszowca to marzenie ściętej głowy. Ale myślę że mam niezłą wyobraźnię i jeśli jeszcze dane mi będzie usłyszeć gdzieś chłopaków, to wciąż będę w stanie ściszyć te klawisze w mojej głowie.
Tyle jeśli chodzi o muzykę. O koncercie opinia będzie niepełna, gdyż niestety koledzy Leszek i Antonio wyperswadowali mi chęć dalszego uczestnictwa w koncercie. Niemniej z tego, co przez te pół godziny zaobserwowałem, to raczej ciężko będzie chłopakom z Niemiec uznać ten występ za specjalnie udany. Choć zdawkowe oklaski były, choć wokalista próbował porozumieć się z tą garstką ludzi obecnych w Medyku, to jednak żal było patrzeć na to wszystko. Szkoda, no szkoda.
Niemniej, nie żałuję tych 5 złotych. Co muzyka to muzyka jednak.
najlepszy moment: MAINPOINT – THE END
ocena: 5/10
