rageman.pl
Muzyka

Kings Of Nuthin

gdzie: Ucho, Gdynia

kto: Kings Of Nuthin, De Tazsos

 

Uoh, późno piszę tę relackę. Ale lepiej późno niż wcale. Eeee, dobra, jedziemy z koksem póki nie zasnę.

Godzina po 20.00, instalujemy się w Uchu. W miarę dużo luda. Publika specyficzna, typowa dla koncertów z taką muzyką. Na Horrorpops było identycznie, czasem podobna publika na zarówno punkowych koncertach jak The Exploited, jak i na ska typu Yellow Umbrella czy Les Ejectés. Rockabilly czy nawet psychobilly to się zowie. Punki, Elvisy Presley’e i skinheadzi. Jeszcze głębsza refleksja na ten temat będzie później.

Anyway, zbliża się godzina 21.00, a konkretnie to jest około 20.45, a tu nagle koncert zaczynają grać… Kings Of Nuthin. Wieść gminna niesie, że panowie, z racji że to był ich ostatni koncert na tej trasie, spieszyli się na samolot, więc chcieli szybciej zagrać. Hmmm… rozumiem, że za wielu połączeń na trasie Gdynia — Boston, USA nie ma, niemniej trochę nie tak… Zwłaszcza że co najważniejsze — pośpiech odbił się na samej muzyce. Przede wszystkim w kwestii brzmienia — panowie chyba nie chcieli się za długo użerać z akustykami, więc zagrali tak, jak byli ustawieni. Czyli lekka ściana dźwięku. Wprawdzie nie jestem audiofilem i jakość dźwięku liczy się dużo mniej niż kompozycje i wytwarzana energia, niemniej trudno było oprzeć się wrażeniu, że mogło być duuużo lepiej…

Dlatego wszystko zależało od muzyki. I panowie wyszli z tarczą z tego pojedynku. Ośmiu muzyków na scenie, wszyscy w stylowych czarnych ciuszkach, fryzach i krawatach. Na dodatek instrumentarium dalekie od typowego. Perkusja, gitara, dwa rodzaje saxofonu, wokal, a poza tym kontrabas, pianinko i… tarka do mycia (!!!!). Przyznam, że w całej mojej karierze muzycznej nie spotkałem się jeszcze z takim wykorzystaniem tego poczciwego narzędzia. I aż żal, że tak mało wyrazisty był sound tego dnia, bo naprawdę chciałbym usłyszeć, jak brzmi tak wykorzystana tarka…

Przykuwało uwagę również wspomniane pianinko, jako że wyglądało ono cokolwiek stylowo. Tak, pachniało latami pięćdziesiątymi. Zadymiona knajpa, gorące swingujące ciałka… ehhhh, retro retro. I takie też skojarzenia muzyka wywoływała. Chociaż tak na dobrą sprawę, jak na moje ucho, to brzmiało po prostu jak punk ubrany w ciuchy z lat 50. Szybko i do przodu, bez cackania się. No, może parę razy się pocackali z aranżacjami. Stylowy punk, rzekłbym. Swingujący rock’n’roll z irokezem. Użyję obrazowego porównania — gdyby sympatykowi klimatów jazdy typu „trzy akordy, darcie mordy” kazano cofnąć się w czasie, zapewne wybrałby lata 50. Pod warunkiem, że grałaby tam taka kapela jak Kings Of Nuthin, co jest wielce prawdopodobne.

Tyle muzyka, a sam występ? Kipiał energią. Panowie ograni niczym przeboje Budki Suflera, doskonale wiedzący po co znajdują się na scenie. Zawodostwo i zabawa jednocześnie. Co rusz jakiś muzyk wchodził na pianinko, tam odstawiał jakieś solo i zlazł z powrotem. Luz, dopóki nie wszedł tam… kontrabasista. Wyglądało to dosyć ciekawie, jak i niebezpiecznie. Ale dał radę zeskoczyć i się nie wyjebać. My oh my.

Pan lider z programowo niechlujnym wokalem, na tyle że ni chuja dało się zrozumieć co śpiewa (bełkocze?), sypiący co rusz jakimiś „fuckami” i „beerami”, z czego przeważnie wychodziło połączenie „I want some fuckin’ beer”. Oberwało się również w pewnym momencie poppunkowym załogom. „Fuck Blink 182, fuck Good Charlotte”. A że ja łykam i takie granie, i takie — choć postawa KON jest mi jednak bliższa — to nie odpowiedziałem tym samym. Zrobiła to za mnie reszta publiki. Zresztą, sam kontakt całkiem niezły.

Chociaż… godzina 21.30, panowie chcą już schodzić ze sceny. Słychać jeszcze prośby o bis, choć nieliczne. Królowie wracają, odgrywają dwa-trzy numery i spieprzają. Nagle zaczynają się okrzyki „wypierdalać”. Rozumiem niezadowolenie, bo sam chciałem, by grali dłużej i by dali sobie spokój z historią o samolocie, no ale ejjjj… Ale to nie koniec wiochy jeszcze. Bo około 22.15 na scenę wlazł pierwszy z dwóch planowanych supportów. De Tazsos. Z Warszawy. Słyszę pierwszy raz, więc posłuchajmy.

Tym razem wybitnie klasyczne instrumentarium. Trzech panów obsługujących perkę, bas i wokal. Imidż już osadzony w klimacie rock/psychobilly. Elvisy, takie tam. Jeśli ktoś czai Partię lub Komety, to zapewne łyknąłby ten zespół bez problemu. Moja przygoda z muzyką jakoś nigdy nie załapała się na dłuższy epizod z tego rodzaju stylistyką, więc nie wiem czym się różni rockabilly od psychobilly, więc nie wiem, które z tych określeń pasuje do De Tazsos (co to za nazwa???).

Może znowu obrazowe porównanie. Dziki Zachód. Saloon. Whiskey. Panienki podwijające kiecki. Bez sensu, ale tak się kojarzy. I właśnie soundtrackiem tam jest muzyka taka, jaką wykonuje De Tazsos. Raczej szybsze tempa, specyficzna, „kowbojska” gitara i życiowe teksty, przeważnie, jak to określił pan wokalista, „o zabijaniu”. Duża rola basu. Bas, jaki oni mieli bas! Naprawdę mistrz, dlatego liczne przemowy podkreślające fakt, że nie umieją grać, uważam za grubą przesadę. Nie to aby wirtuozi, ale naprawdę trust me — słyszałem gorszych.

Fajna muzyka, ale co z tego… Niedzielny wieczór utwierdził mnie w przekonaniu, że jednak rodzaj muzyki słuchanej determinuje poziom IQ. Publika tego wieczoru to potwierdziła. Rekord w ilości wyrzuconych pokali z browarami w publikę. Najebane łysolstwo robiące syf, bo to co robili pod sceną nie miało nic wspólnego z zabawą. Chyba że black metal jest podobny do reggae. A już wszystko przebił koleś, który innemu kolesiowi zajebał kulę — taką do nogi co nie — i rzucił nią… prosto na scenę. No co, Dimebag Darrell z Pantery też zginął od kuli, to czemu nie można u nas. I tak przedstawia się polska scena rockabilly. Ehhhh…

Jeszcze miał grać tak uwielbiany przez gdańskich pankuf Bilety Do Kontroli. I zapewne zagrali. Mnie nagliła kolejka SKM. I nagła potrzeba reodmóżdżenia.

najlepszy moment: KING OF NUTHIN – FOR YOU

ocena: 7/10