Undying
kto: Undying, Sunrise, Breakwar, Fall Behind, Calm The Fire
Tak jak wspomniałem, robimy wyjątek w blogowej przerwie. Wyjątek jak najbardziej słuszny, bo taki koncert to trzeba opisać. Jedziemy.
Pierwszy squad — Calm The Fire. Ostatnim razem jak się widzieliśmy w Irishu w paździercu, to życzyłem sobie, by zobaczyć znowu Paciora (znowu w ultra-sexy Arkowych niebieskich spodenkach) i jego wesołą gromadkę w normalnych warunkach. I oto ten dzień nastąpił. Choć opinii, którą ukułem w tamtej notce, nie zmienię, a ten koncert tylko mnie utwierdził co do jej słuszności. Calm The Fire to bardzo zacny zespół. Koncertowa miazga. Ale na dzień dzisiejszy jakoś ciężko jest mi sobie wyobrazić, by przekonać się o ich wielkości w domowym zaciszu. Taka muzyka często traci rację bytu przy domowym słuchaniu i myślę, że Calm The Fire nie jest wyjątkiem. Nikt nie szuka w hardkorze melodii do nucenia pod prysznicem. Ale jakichś bardziej chwytliwych patentów można by oczekiwać. Nie wiem, może Sunrise i Calm The Fire stawiają za wysoko poprzeczkę, niemniej te zespoły udowadniają, że można wymagać.
Dotyczy to zarówno aspektu instrumentalnego — dwie gitary w tej muzyce to podstawa i chłopaki wiedzą, co z tym fantem zrobić — jak i wokalnego. Cieszę się, że Pacior, choć zdecydowanie powalającym wokalistą to on nie jest, potrafi wykorzystać to, co ma i jego krzyk (czy głupio zabrzmi „agresywniejszy Biohazard”? Gdybym był znawcą, to pewnie coś mądrzejszego bym wymyślił) dosyć ciekawie jawi się na tle growlujących hc wokalistów. Niemniej przydałoby się od czasu do czasu ryknąć tak, by krtań odrąbało. Jestem fanem i na dzień dzisiejszy CTF to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się w rejonie trójmiejskim.
Po dosyć krótkim, bo 20-minutowym secie i przerwie technicznej na scenę wleźli panowie z Fall Behind. Nazwa już dobrze znana, ale koncertowo — pierwszy kontakt. O co chodzi więc? Skład klasyczny: perka, bas, dwie gitary i wokal. A jednak… novum. I nie tylko tego wieczoru, ale w jakiś sposób na polskiej scenie hc (choć bez przesady, aż takie oryginały to nie). A mianowicie — jest to granie na swój sposób… romantyczne. Brutalnie romantyczne. Bo zamiast growli, agresywnego skandowania itepe mamy raczej krzyk, który wypływa z emocji, a nie z agresji. Wrażenie potęgowane przez gitary — może akustyczne granie to to nie było, ale podejście do instrumentu podobne jak w przypadku wokalisty. Porównania, porównania… może Poison The Well? Zresztą panowie chyba lubią ten zespół… Jasne, nie jest to aż tak „catchy”, ale jakże to miła odmiana była tego wieczoru. Tym większy plus dla chłopaków, bo pomimo tego rozpętali piekiełko pod sceną nie mniejsze od innych hord tego wieczora. Ja jestem zdecydowanie na tak.
Znowu krótki secik (20 minut z hakiem) i na scenę wchodzą goście na swój sposób specjalni. Bo nie każde źródła potwierdzały ich występ. A jednak przyjechali. Aż z Moskwy. Znacie jakieś zespoły z Rosji poza Tatu? A znacie jakiś zespół hc z Rosji? No właśnie. I za to już zespół Breakwar można uznać za coś na kształt objawienia wrecz. I nie jest to dane aż tak bardzo na wyrost. Bo chłopaki zacnie grały. Brutalna hc jazda z rykiem wokalisty czasem wrecz ocierającym się o black metal i growlowymi chórkami. A przy tym zapędy basisty, któremu zdecydowanie nie pasuje granie „pod gitary”. No i aby miana „dziwaczności wieczoru” stało się zadość, należy dodać fakt, że wszystkie teksty w języku rosyjskim! Ale nie, „dziwaczny” to zbyt obraźliwe określenie. Bo panowie nie wymyślili sobie, że skleją ze sobą elementy w taki sposób, w jaki nikt inny tego wcześniej nie zrobił. W ich graniu te wszystkie części mają sens i jaja o ciężarze kul armatnich.
Brzmienie… brzmienie! Jedna gitara, która tak była pomyślnie obsługiwana, że ani przez myśl nie przeszło pytanie: „gdzie drugi elektryk?”. No i kolejny plusik dla pana wokalisty za kontakt z publiką. Choć pan wokalista, z tego co wcześniej usłyszałem, ni w ząb nie panimaje po angielsku, to gadki zapodawał na poziomie, nie gorsze od wcześniejszych w wykonaniu wokalistów Calm The Fire czy Fall Behind (Grudziądz fajne miasto ;P). I jedyny minusik, który można by przypisać panom z Breakwar, to długość gigu. Niemal pełna godzina to już można poczytywać w kategorii wyzwania. Nie ukrywam, że jak na pierwszy kontakt z zespołem i taką intensywność występu, pod koniec czułem się zmęczony. Ale jednocześnie szczęśliwy, że wreszcie ich usłyszałem, jako że panowie już wcześniej w Uchu występowali.
No i przyszedł czas na mocarzy, polskich gospodarzy wieczoru. Sunrise. Właściwie co można powiedzieć nowego o zespole, skoro dosyć wyczerpującą notkę o nich zapodałem równo trzy tygodnie temu? Skład ten sam. Brzmienie to samo, tym bardziej że właściwie już osiągnęli perfekcję pod tym względem. Nawet ciuszki te same, choć chcę wierzyć, że zdążyli wyprać przez te trzy tygodnie 😉 Okoliczności zaś inne — nobilitująca trasa po Europie z amerykańskim Undying, przy czym Gdynia była właśnie ostatnim przystankiem dla Sunrise’a. A że grają już w sumie jako gwiazda trasy, więc zamiast pół godziny, jak na Metal Union Road Tour, była calutka godzina. Nie obyło się bez „Coma Is Over”, ani bez wywołującego zawsze największy mosh „Still Walking With the Fire”. Fajnie, że znowu cover Entombed, ale… czy „Landscape of Decay” już na zawsze wypadło z repertuaru? :/
Kontakt z publiką tradycyjnie na najwyższym poziomie. Jak to mawiają — „bycie wokalistą Sunrise to taki ryzyk fizyk” ;P Ale poważnie mówiąc, czasem wygląda to dosyć przerażająco, gdy wokalista produkuje się, dając z siebie wszystko, niemal zatracając się w wykonaniu, a tu nagle z tyłu rozpędzony dzieciak rzuca się ze sceny w tłum, a ty akurat jesteś na jego drodze… Czy takie nieustanne wyrywanie mikrofonu. Choć z drugiej strony — toć musi serce się radować, gdy widzisz jak wiele Twoja muzyka znaczy dla takich ludzi. Rzekłbym, niesamowite.
I tylko jedna rzecz mnie nurtuje… Muzyka to nie religia, a koncert to nie msza i muzyk ma pełne prawo mówić o swoich poglądach. Ale jednak czy w sumie ta cała agitka o niejedzeniu mięsa jest potrzebna? Zwłaszcza że nabierała wg mnie takich wymiarów, że każdy zjadacz mięsa był równoważony z mordercą. Nie wystarczą teksty i website na tak radykalne opinie? Nawet jeśli postawa Patryka może mi imponować, to nie sposób odmówić pewnych racji mięsożernym…
Dygresja ino tylko dygresja. Bo summa summarum to był pyszny koncert. Co nie dziwi, jeśli mowa o jednym z najlepszych zespołów w Polsce, a na scenie hc najlepszym. Mogącym się równać z tym, co na świecie się dzieje. Co potwierdził występ ostatniego zespołu tego wieczora — Undying. Skład pod względem instrumentalnym tradycyjny, czyli perka, bas, dwie gitary i wokal. Natomiast co do samych muzyków… kobieta na wokalu na takich koncertach to nieczęsty widok. Ale kobieta, która jak na moje oko wyglądała jak gimnazjalistka, to już kurewsko nieczęsty widok. A gdy jeszcze przypomnimy sobie fakt, że Undying, jak to widniało na plakacie, grają „melodyjny death metal”, to już oczekiwania co do koncertu są duże…
Muzycznie — sztos. Panowie zapodają takie podkłady muzyczne, że włosy z dupy wyrywa. Brutalnie, a jednocześnie ultramelodyjne, „szwedzkie” zagrywki na gitarach, niemal w każdym utworze. Tempa szybkie, choć bez przesady. W samych piosenkach dużo się działo. Nie zawsze ciekawie, ale dużo. Tylko hmmm… jak na tak drobniutką osobę to pani wokalistka naprawdę jest mocarna. Gardłowy śpiew, ale też zaśpiewki jak najbardziej z serca. Ale za często brzmiało to dla mnie jak właśnie taki ryk trzynastolatki (zakładając, że trzynastolatki często wydawałyby z siebie takie odgłosy). A przecież nie mamy porównywać do rówieśników, a do największych, zgodnie z zasadą „dobre, bo amerykańskie”. I w tym momencie robi się mniej różowo. Choć dalej jest to pierwsza liga. I jeden z najlepszych koncertów w tym kończącym się 2005 roku.
Tylko dlaczego pół godziny i to bez bisu??
Kolejny wyśmienity hc-fest. Kolejny raz wielki szacun dla Paciora za to, co robi. To, że sami muzycy tak zajebiście wypowiadają się o sztukach w Gdyni, o czymś świadczy. Że hardcore to przyszłość muzyki. I Trójmiasto dobrze o tym wie.
najlepszy moment: UNDYING – BORN AGAIN
ocena: 7/10
