rageman.pl
Muzyka

Joey Valence & Brae

gdzie: Stodoła, Warszawa

kto: Joey Valence & Brae

Trochę już tych koncertów w życiu zobaczyłem, ale czegoś takiego już daaaawno nie przeżyłem.

Jak już kiedyś wspominałem, moje eskapady koncertowe można podzielić z grubsza na dwie kategorie: „prywatne”, wynikające z moich potrzeb jako odbiorcy muzyki oraz, nazwijmy je, służbowe. Oczywiście nie jest tak, że to czym się zajmuję w pracy i to czego słucham w domu to dwa zupełnie odrębne światy. Ale przeważnie rzeczywiście na tych koncertach artystów Sonowskich serce nie bije mi tak jak na koncertach Nine Inch Nails czy innych Deftonesów, nawet jeśli do pewnego stopnia znam repertuar, bo nim pracuję od poniedziałku do piątku.

Wczoraj zaś miała miejsce nietypowa sytuacja. Poszedłem na koncert wykonawcy/ów, który w sumie żadnym priorytetem w skali Sony nie jest, więc moja znajomość repertuaru była prawie że żadna… i wyszedłem oczarowany.

Bo widzicie, na tym etapie życia ja już trochę nie jestem w stanie słuchać nowych rapsów. Nie chcę wejść w boomerski rant, ale naprawdę zlewają mi się one w jedno i, jeśli nie muszę, zupełnie nie mam ochoty trzymać rękę na pulsie tej muzycznej kategorii. Dlatego też trochę ominęło mnie zjawisko tandemu Joey Valence & Brae. Z jakiegoś niewiadomego powodu założyłem też, że idę na koncert dla turbo wtajemniczonych na podobieństwo setu Atmosphere kilka tygodni temu – mimo, iż logika podpowiadała, że koncertów dla garstki osób nie organizuje się w Stodole. Tymczasem ta „garstka” wprawie wypełniła klub po same brzegi.

Okazało się też, że to właśnie ta niedobra młodzież, która całe dnie ślęczy na TikToku bądź komputerze, stawia się tłumnie na koncertach. Choć to nie była do końca ta sama publika co na Clout Festivalu. Niby rapowa, ale jednocześnie jakaś taka… punkowa. Nu-metalowa? Trop nie taki z czapy, bo przygrywający na supporcie DJ Ewook dosyć gęsto zapodawał gitaorowymi hitami z przełomu tysiącleci. Limp Bizkit, Linkin Park… Wygenerowana podczas tego setu energia znalazła dosyć ładne ujście podczas występu gwiazdy wieczoru.

Najkrócej rzecz ujmując – duet zaciągnął przeogromny dług u Beastie Boysów. To jota w jotę ten sam sposób „krzyczanej nawijki” i przerzucania się wersami. Czy przeszkadza mi to? Skoro oryginał dawno już zawiesił broń… ale też nazywanie JVB rip-offem Nowojorczyków byłoby jednak krzywdzące. Owszem, też mieszają gatunkowo. Ale jeśli już się wychylają poza ramy oldschoolowego rapu idealnego do „bregdensa”, to przede wszystkim sięgają po elektronikę, która u autorów „Check Your Head” była w śladowej ilości. Doprecyzujmy: mowa o elektronice pokroju brostepu, d’n’b, jednym słowem – wszystko to, do czego da się energicznie ruszać. Gitary? W mniejszej ilości, ale też się znalazły.

Koncert miał promować najnowszy album Amerykanów „HYPERYOUTH” i rzeczywiście numery z trzeciego długograja zdominowały setlistę tego wieczoru. W pewnym momencie wybrzmiało dość znajome intro. Skąd ja znam te dźwięki… no przecież, teaser nadchodzącego kinowego „Street Fightera”. Rany, ale ten kawałek żre. Kto mnie zna ten wie, że mam przeogromny retro-fetysz – stare gry, konsole, muzyka, programy w TV. I gdyby całą tą zajawkę nadać formę piosenki, to brzmiałaby ona jak „PUNK TACTICS”. Nie wiem, czy znalazła się ona na soundtracku do odświeżonej wersji „Tony Hawk Pro Skater”, ale jeśli nie to jest to skandaliczne niedopatrzenie.

Wspaniałe uczucie odkryć Nowego Ulubionego Wykonawcę podczas konfrontacji w wersji koncertowej.

najlepszy moment: PUNK TACTICS

ocena: 8,5/10