Przełamując fale
rok: 1996
reżyseria: Lars von Trier
Jednym z największych wyzwań jakim musi sprostać odbiorca szeroko pojętej Sztuki jest kwestia oddzielenia dzieła od twórcy. Zakładam, że każdy startuje z tej samej, naiwnej pozycji, charakteryzującej się przeświadczeniem, że każdy artysta – którego jednym z fundamentów pracy jest jego Wrażliwość – musi być też dobrym człowiekiem. Większość ludzi prędzej czy później przekonuje się że tak nie do końca jest – powiedzenie „nie poznawaj nigdy swoich idoli” nie wzięło się znikąd. Kluczowe pytanie brzmi – co z tą wiedzą o Artystach i ich prawdziwej naturze zrobimy? Czy przestaniemy oglądać ich filmy i słuchać ich muzyki po tym, jak okazali się złamasami (w lżejszym wariancie) lub przestępcami (w gorszym)? A co z tymi dziełami które ukochaliśmy, zanim poznaliśmy Prawdę o Artyście?
Larsa von Triera można zaliczyć do tych lżejszych wypadków- wprawdzie żadna wina nie została mu udowodniona, ale tajemnicą poliszynela jest, że do najłatwiejszych osób we współpracy nie należy, zwłaszcza z kobietami. Paradoksem jest więc, że to kobiety przeważnie są głównymi bohaterkami jego filmów. Bjork (która współpracowała z LVT przy okazji „Tańcząc w ciemnościach” – o którym w przyszłości na blogu będzie) powiedziała o Duńczyku, że potrzebuje kobiet do swych produkcji by dostarczyły im Duszy, której sam nie ma, jednocześnie z zazdrości nienawidząc je za to – i dlatego znęca się nad nimi na planie. Oskarżenie dość mocne (nie mówiąc już o tym, że dość poetycko opisane), ale oglądając te filmy trudno nie odnieść wrażenia, że jest coś na rzeczy.
„Przełamując fale” też są tego dowodem, choć niekoniecznie najlepszym. Być może LVT na wysokości tego filmu nie poznał jeszcze wszystkich technik manipulacyjnych i rozwiązań z zakresu przemocy psychicznej. Być może dla Emily Watson miał więcej serca niż dla wspomnianej Bjork czy Nicole Kidman. Mi jednak najbliżej do tezy, że w „Przełamując fale” chciał opowiedzieć Coś Więcej i poruszyć serca, a nie tylko je ogłuszyć i skatować. I moim zdaniem wyszło mu to niemal doskonale.
Czy „Przełamując fale” są filmem o Miłości? Gdyby wybrać odpowiedź tak/nie, trudno nie wybrać tej pierwszej. Bo tak, Bess kocha swego męża nad życie. Ale przede wszystkim, w moim mniemaniu, jest to film o tym, gdzie leży granica między poświęceniem a obsesją. Nie bez znaczenia jest tu też wątek religijny – Bess jest przekonana, że wszystko co spotyką ją i Jana jest konsekwencją jej rozmów z Bogiem. Czy to Bóg, niczym Hioba, wystawia Ją na kolejne próby?
Przyznam, że im jestem starszy tym coraz więcej myślę o istocie Miłości. I coraz bardziej dochodzę do wniosku, że nie chcę oceniać miłości innych (oczywiście pomijam wątki, które są na bakier z prawem lub w których po prostu dzieje się krzywda) – tylko, jakkolwiek banalnie i pretensjonalnie to nie zabrzmi, cieszyć się z tego, że taki dar miłości, wcale nie taki oczywisty, w swym życiu otrzymali. Oczywiście, że najprościej rzecz ujmując, miłość Bess i Jana była niezdrowa. Nie ma wątpliwości, że Jan, świadomie lub nie, jest destrukcyjną siłą w życiu Bess. Ale dla mnie najważniejsze jest to, co czuje Bess – a jest to uczucie najpiękniejsze z możliwych. To trochę jak obserwowanie kwiatu rosnącego na jałowej glebie – wiesz, że nie ma szans na przeżycie i nigdy tam wyrosnąć nie powinien, ale jednak zachwycasz się tym cudem natury. Wybaczcie, jestem już stary i takie banały coraz mocniej mnie poruszają.
Ale też nie byłoby tego cudu kinematograficznego gdyby nie kreacja Emily Watson. Można rzec, że mówimy tu o ofierze podwójnej – tej, którą składa Bess, ale też tej, którą składa Watson w swej debiutanckiej (!) roli. Bo powiedzieć, że jest to rola wymagająca tak psychicznie, jak i fizycznie to jak nic nie powiedzieć. I tak, to właśnie w Watson tkwi dusza tego filmu. Co jest jednak równie ważne i co trzeba też oddać von Trierowi – choć jest perwersyjny w emocjonalnym szantażowaniu Bess/Watson, to niekoniecznie tą perwersję widać w relacji z widzem. To nie jest ten szantaż emocjonalny, który aż kipi z „Tańcząc w ciemnościach”. I dlatego też, choć kocham i wiele dla mnie film z Bjork znaczy, to „Fale” poruszają mnie bardziej – bo nie czuję, że to poruszenie zostało na mnie wymuszone.
Wspaniały film. Pomimo, a może dzięki von Trierowi.
najlepszy moment: EMILY WATSON
ocena: 9,5/10