rageman.pl
Muzyka

Orange Warsaw Festival 2026

gdzie: Tor Wyścigów Konnych Służewiec, Warszawa

kto: Lewis Capaldi, Dominic Fike, Olivia Dean i inni

Stało się. Cztery lata temu nieśmiało „obwąchiwałem się” z Orange Warsaw Festival (o czym TUTAJ) po latach istnienia tego festu, teraz w końcu zawitałem w pełnym wymiarze, czyli na oba dni.

Co bynajmniej nie było oczywiste ani tym bardziej planowane. Oczywiście znów można by postawić pytanie – czy rzeczywiście tegoroczny line-up był słaby (lub słabszy w porównaniu do lat ubiegłych) czy po prostu wypadłem z obiegu i nie wiem co popularne? Bo obiektywnie rzecz ujmując – mamy tu zestaw wykonawców, których miesięczni słuchacze na Spotify (czyli, jakby nie patrzeć, aktualnie podstawowe medium kontaktu z muzyką) są liczeni w dziesiątkach milionów, są aktualnie w swoim prajmie, a i krytycy wypowiadają się dość ciepło o nich. Ale jednak trudno nie odnieść wrażenia, że w latach ubiegłych występowały Gwiazdy Absolutne, wręcz legendy muzyczne, które są znane nawet osobom nie mających fioła na punkcie muzyki. Miley Cyrus, Beyonce, Dua Lipa, już nie mówiąc o bardziej gitarowych klimatach pokroju Linkin Park czy Muse, czy też rapowych – jak Outkast czy Nas. Ano właśnie – o ile przy mojej pierwszej wizycie na OWF było wybitnie rapowo, tak tegoroczny lineup wybitnie przechylił wajchę w stronę popu. Patrząc z punktu widzenia słuchacza mógłbym ponarzekać, ale też znając już trochę tę branżę wiem, że tak krawiec kraje, jak mu materii staje i trzeba brać z tego, co akurat w nie tak oczywistym czasie (bo przełom maja i czerwca to ledwie początek sezonu festiwalowego) jeździ po Europie. A też, nie ma co ukrywać, OWF nie ma tak silnej marki jak jego Starszy Brat z Gdyni.

Ale przejdźmy w końcu do meritum – bo finalnie fest okazał się być naprawdę przyzwoitym wydarzeniem, z kilkoma naprawdę potężnymi momentami i ani jednym koncertem, który można by określić jednoznacznie mianem słabego. OK, to jedziemy z tematem. Kolejność chronologiczna.

Dzień pierwszy

Sarah Julia – dwie śpiewające siostry (choć wspomagane wokalnie przez pozostałe instrumentalistki) z Europy wykonujące przyjemne, folk popowe utwory… ale to nie First Aid Kit, tylko Sarah Julia. Bardzo sympatyczne otwarcie festu do którego trudno się przyczepić, ale też trudno oczekiwać, że spotkamy się z dziewczynami w headlinerskich okolicznościach. Choć oczywiście tego im życzę.

Pezet – co do zasady nie piszę na tym blogu o koncertach wykonawców z Polski, bo zaliczam tego tyle, że bym musiał pisać tu codziennie, na co nie mam zwyczajnie czasu. Pozwalam sobie jednak robić wyjątki przy dwóch okazjach – supportach gwiazd zagranicznych oraz festiwalach właśnie. Tym samym czas na pierwszego nadwiślańskiego reprezentanta, o którym zresztą zdarzało mi się tu pisać w kontekście wydawnictw studyjnych. Ale to już nie czasy truskulowych nagrywek z Noonem – dziś Pezet jest jednocześnie legendą polskiej sceny, a zarazem gwiazdą pierwszej wielkości, przeżywającą kolejną już młodość. I niby nie stało się to za sprawią zastrzyku z trapowego/newschoolowego botoksu jak u np. Tede, ale też trudno oprzeć się wrażeniu, że dość mocno „spopiował”. Znamienne, że z „Muzyki Klasycznej” z singli gra najbardziej komercyjną „Senioritę” (na scenie zameldowały się przy tej okazji tancerki) a nie np. „Re-fleksje”. Ale ok, gwoli sprawiedliwości – gra też „Ukryty w mieście krzyk”. Niespodzianką mógł być udział Livki w „Obejmuję noce”… ale nie tak wyjątkowy, jak miało się okazać. Ale o tym za chwilę.

Alessi Rose – wracamy do rejonów jednoznacznie popowych. Choć tutaj można by mówić o power popie, tudzień al popowie. W takich to rejonach obraca się koleżanka Alessi wraz z zespołem. Na plus piosenki, niektóre naprawdę chwytliwe (jeśli wierzyć bohaterce koncertu – własnoręcznie popełnione), wokal i prezencja (a z technicznych kwestii – aranżacja sceny a’la kościelne witraże). Kto wie, to może się udać przy dobrym wsparciu marketingowym, wszak pop na rockowych resorach zawsze w cenie (kiedy chwyciła za gitarę to tego rocka zrobiło się jescze więcej, aż na poziomie Courtney Love).

TV Girl – być może najbardziej alternatywny wykonawca całego festiwalu, choć z piosenkami których odtworzenia są liczone w miliardach. Ale umówmy się, coverowanie The Velvet Underground daje z automatu kartę członkowską do hipsterskiego świata (BTW – is „hipster” still a thing?). Granie przyjemne, acz trochę zabrakło mi w tym jakiejś sensowniejszej ikry, na pewno w odbiorze takiego psychodelicznego grania nie pomogły piknikowe warunki w pełnym słońcu.

Livka – trochę niezręcznie mi pisać o artystce, której rozwój jest częścią moich obowiązków zawodowych. Niemniej pozwolę sobie na mocny statement – tę dziewczynę za jakiś czas zobaczycie na wyprzedanych arenach. I będzie to przede wszystkim zasługa Jej samej – charyzmy, talentu wokalnego, diablo pięknych piosenek. Choć na pewno nie przeszkadzają flirty ze światem rapu – Taco Hemingwaya zabrakło, ale pojawili się Fukaj (przy świeżutkim jeszcze „Chcę więcej”)… oraz wspomniany wcześniej Pezet, ponownie z „Obejmuję noce”. W warunkach spowitej w ciemnościach hali wypadło to o niebo lepiej niż w pełnym słońcu na main stage’u.

Dominic Fike – jeśli za kryterium przyjąć wspomnianą wcześniej ilość miesięcznych słuchaczy na Spotify, to Dominik był największą gwiazdą imprezy, nawet wiekszą niż Olivia Dean (choć wypada niewiele gorzej). Ba, jest to jeden z TOP50 najpopularniejszych wykonawców na tej plaformie streamingowej. Na ile zasługa to całego repertuaru, a na ile viralowego (utwór stał się hitem niemal dekadę po premierze) „Babydoll” to już inna sprawa. Jak się jednak okazało, wcale nie taka ślepa ta kura której się przysłowiowe ziarno trafiło. Ma chłopak charyzmę (nawet jeśli mocno przesiąkniętą używkami, do czego się rozbrajająco szczerze przyznał), umie grać, z niemal funkowym luzem w łapie, i ma to też charakter, niemal rockowym – choć tu dodałbym przedrostek slacker-. Bardziej mainstreamowy Mac DeMarco? Dość luźne skojarzenie, ale spokojnie wyobrażam sobie playlisty na której obaj jegomoście koegzystują.

Kasia Lins – świeżo upieczona zwyciężczyni tegorocznych Fryderyków w secie jednoznacznie dedykowanemu Grzegorzowi Ciechowskiemu – stąd np. sample z jego głosem między piosenkami, stąd też na wizualizacjach, a przede wszystkim w piosenkach. I oczywiście można psioczyć, że kolejny już raz album z coverami polskich klasyków staje się trampoliną do sukcesu, ale byłoby to mocno niesprawiedliwe. Przede wszystkim – Kasia zrobiła to bardzo dobrze, moim zdaniem o wiele lepiej niż jej imienniczka lata temu (choć Kowalka przecież była protegowaną lidera Republiki). Dobrze dobrała też repertuar – nie postawiła na sprawdzone (i oklepane) „Telefony” czy „Białą Flagę”, sięgając po mniej oczywiste rzeczy. No i muszę o tym wspomnieć, choć to nie ma nic wspólnego z Ciechowskim – ma bezbłędny ruch sceniczny.

Lewis Capaldi – któż nie lubi chłopców z gitarą grających smutne piosenki? Wszyscy lubimy, zwłaszcza jeśli są tak rozbrajająco bezpośredni w gadce jak ten pulchny Brytol. Nie jest to może muzyka której słuchałbym w domu, ale kurcze, na ten jeden wieczór naprawdę porwał mnie w piękną i wzruszającą podróż. Gdyby tylko, jak słusznie zauważył, tak nie waliło na Służewcu końskimi odchodami…

Dzień drugi

Ganna – o rany, jakie to było piękne. Spodziewałem się niewyróżniającego się niczym setu dj’skiego, dostałem wzruszającą, liryczną podróż w głąb pękniętej, ukraińskiej duszy, w której najwięcej działo się między dźwiękami. Chyba najbardziej nietypowy występ tego festiwalu, brawa za odwagę dla organizatorów.

Jan-Rapowanie – najmłodszy reprezentant polskiego rapu na tym feście. Ale też taki, że tak to ujmę, z dość uniwersalnym zasięgiem. Są i przeboje dla młodzieży, jest i real talkowa nawijka dla starszych, bez większych kontrowersji w podkładach. Bezpieczne granie? Nie, po prostu takie które się nie spina na bycie wybitnie oryginalnym, a przez to wygrywające szczerością.

Daniel Godson – i znów chłopak z gitarą, tyle że z Polski. Do fanklubu się nie zapiszę, ale też trudno się przyczepić, brzmiało to ultraprofesjonalnie i da się w tym wyczuć wznoszącą falę.

Blood Orange – gdybym był fanem sucharów to powiedziałbym, że to idealny festiwal dla Krwawej Pomarańczy. Ale żarty na bok – jeśli ktoś wciąż szuka następcy tronu po Księciu, to niech nie szuka dalej. Niestety okazuje się, że nie mógłbym być A&R’em – laaaata temu (co da się sprawdzić) pisałem tu o Dev Hynesie – wtedy posługującym się pseudonimem Lightspeed Champion. I nie będę kłamał, nie wyczułem tego geniuszu, którym dziś się charakteryzuje, już pod nowym pseudonimem. Cudowne to było i choć wspomagający go wokaliści ewidentnie dawali radę, to najbardziej chwytały mnie za serce te momenty, kiedy sam chwytał za mikrofon.

Sokół – co można powiedzieć o Panu Wojtku? Klasa. Niby koncert, ale prawie że spektakl. Spowity w ciemnościach, bez nakłaniania o „łapki w górę” i tym podobne bajery dla gawiedzi. Niespecjalnie szastał repertuarem grup w których uczestniczył – utwory WWO zapewne woli zagrać z Jędkerem na pożegnalnej trasie, a utworu TPWC… bez Pono nie ma sensu ich grać.

FKA Twigs – czy mówiłem o spektaklach? No to ten koncert to był SPEKTAKL, pełną gębą. Zaczęło się… w łóżku. Łóżku umieszczonym na scenie, na nim leżąca (i śpiewająca) Brytyjka. A potem już nie było czasu na sen. Elektroniczna maszyneria, łańcuchy na scenie, pole dance, a przede wszystkim Maniest Seksualnej Wolności. I tak, można ktoś powie że taki koncert, z pełnym niemal playbackiem, to sobie może na DVD obejrzeć (choć przypuszczam, że DVD, tak jak hipsterów, nikt już dziś nie kojarzy). No, tyle że jeśli już FKA uciszała muzykę i śpiewała… klękajcie narody.

BBNO$ – co tu dużo mówić – wixapol pęłną gębą. I to nie jest porównanie zupełnie od czapy, bo były i wątki polskie. Kiedy w set wpletli „Ściernisko” braci Golec, ale przede wszystkim kiedy na scenę zaprosili gościa, a właściwie gości specjalnych – Bedoes 2115 wraz z dziećmi z Cancer Fighters, by odśpiewać numer, który w tym momencie zna już chyba cała Polska. Cóż, było to piękne. Choć nie mówmy o skradzionym show, bo BBNO$ naprawdę dali przekozacki set, z chyba najbardziej pojebanymi wizualkami jakie widziałem od dawna.

Olivia Dean – oj, Wielka Brytania potrafi w śpiewające Panie z retro sznytem. Nie wiem czy Olivia to juz ta sama półka co Adele czy Amy Winehouse, ale patrząc na to jakie tłumy przyciągnęła (ewidentnie największe tego festiwalu) – jest na pewno na najlepszej ku temu drodze. I pewnie gdybym nie czuł w kościach festiwalowych trudów to bawiłbym się jeszcze lepiej.

Widzimy się za rok? Czemużby nie!

najlepszy moment: BBNO$- Ciągle tutaj jestem (diss na raka) – nie, ale serio, to był wyjątkowy moment

ocena: 

Sarah Julia – 7/10

Alessi Rose – 7,25/10

TV Girl – 7,25/10

Dominic Fike – 7,5/10

Lewis Capaldi – 7,5/10

Ganna – 7,75/10

Blood Orange – 8,25/10

FKA Twigs – 8,5/10

BBNO$ – 7,75/10

Olivia Dean – 8/10