Leonard Cohen – Book of Longing
rok: 2006
autor: Leonard Cohen
Nie jestem fanem trendu „2016”. Pomijając już to, że za bardzo nie rozumiem, czemu akurat w tym roku cofamy się 10 lat wstecz, a nie np. rok czy dwa lata temu, to ja akurat 2016 wspominam dosyć źle. Także w popkulturze był to dość tragiczny rok. Zaczęło się od śmierci Bowiego, a potem przecież był Prince, George Michael, George Martin… no i Leonard Cohen. I de facto notka żegnająca kanadyjskiego Barda była ostatnim wpisem na tym blogu. Czas więc sobie przypomnieć o tej wybitnej postaci.
A będzie nietypowo, bo nie żaden album, ani koncertówka, nawet nie biografia. Otóż będzie o zbiorze wierszy. I wciąż nie wiem, na co się porywam.
Bo widzicie, muzyki trochę w życiu liznąłem i nie powiem, że się na niej znam, ale myślę że jestem już w stanie uzasadnić czemu coś mi się podoba czy nie, a czasem nawet czemu coś mi się podoba nawet jeśli słyszę, że jest to obiektywnie złe. Z filmami, po długoletniej rozłące, też już się przeprosiłem i ostatnimi czasy nawet więcej czasu im poświęcam aniżeli muzyce. Ale poezja? No tutaj, co tu dużo mówić, skalę porównawczą mam prawie żadną. Zatem mogę tylko powiedzieć czy coś mi się podoba czy nie.
Zatem wiersze Cohena mi się, najogólniej rzecz ujmując, podobają. Inna sprawa, że w tym wypadku „tomik poezji” jest określeniem dość umownym. Sporo tu tekstów wybitnie pisanych pod muzykę – część z nich zresztą trafiła na albumy „Ten New Songs” i „Dear Heather”. I to widać w konstrukcji, ale też przede wszystkim w treści – w pewnym sensie prostszej, ale też jakby poważniejszej.
Bo oto się okazuje, że z naszego Leonarda to niezły śmieszek był. Nie to, aby nigdy nie było tego słychać w samej muzyce – ale jednak ten czarny humor, sarkazm czy ironia były na tyle delikatnie podane, że co mniej obeznani w angielskim mogli go zupełnie nie zauważyć. Tutaj jest tego od groma, choć oczywiście wciąż jest to przykryte pod gęstą powłoką goryczy, dystansu czy wręcz smutku. Pod koniec książki można też znaleźć list kierowany do… chińskiego czytelnika, w którym autor wyraża podziw dla tłumacza jego dzieła na język chiński, instruuje odbiorcę by nie brać tejże książki zbyt poważnie, a na końcu… przeprasza że zmarnował jego czas.
Jak już zostało powiedziane, są tu twory stricte poetyckie, są teksty o konotacjach muzycznych, są też listy oraz fragmenty pisane czystą prozą. A jakby tego było mało – są tu też rysunki. W dużej mierze podkreślające humorystyczne aspekty tekstów, ale w niektórych przypadkach będące osobnymi bytami – tam tekst jest niejako wpleciony w rysunki, nie odwrotnie. Sporo tu autoportretów – kiedy się nie zna kontekstu można się zdziwić czemu tyle tu jakiegoś łysego typa, ale warto pamiętać że większość książki była tworzona w latach 90tych, kiedy Cohen miał rozbrat z muzyką i zaszył się w klasztorze. Widocznie rygor dotyczył też wyglądu.
Być może są ludzie, którzy powyżej muzyki Cohena stawiają jego twórczość stricte literacką (choć oba te obszary są sobie na tyle bliskie, że aż tożsame). Tym na pewno „Book of Longing” rekomendować nie trzeba. Ale wszystkim pozostałym wielbicielom autora „Hallelujah” polecam jako bardzo dobre uzupełnienie wiedzy o jego geniuszu.
najlepszy moment: –
ocena: 8/10