Moje własne Idaho
rok: 1991
reżyseria: Gus Van Sant
Po prawie roku udało się w końcu omówić wszystkie filmy obejrzane na Timeless Film Festival. Ale nie będzie tu finału z pompą, choć na pewno wciąż mowa o niezaprzeczalnej klasyce kina.
Przyznam szczerze, że im jestem starszy, tym bliższe jest mi kino typu slice of life, szczególnie w jego poważniejszej formie, bliższe klasycznego dramatu. Może coraz bardziej potrzebuje kina które choć trochę pomoże mi zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi? W tym kontekście twórczość Gusa Van Santa jest bardzo dobrym wyborem – bo nawet jeśli zdarzyły mu się bardzo dziwne eksperymenty, jak remake „Psychozy” Hitchcocka, to wciąż popełniał je na własnych zasadach. Nigdy nie poszedł w akcyjniaki, ekranizacje komiksów czy aktorskie wersje kreskówek Disney’a, a jednocześnie wciąż jest to kino które nie powinno odstraszyć masowego odbiorcę zbyt artystyczną formą, a nawet go zachęci topowymi aktorami Hollywood. Nawet jeśli akcja jego filmów jest właściwie bez wyjątku osadzona w Stanach Zjednoczonych – i dość często czerpiąca ze współczesnej historii tego kraju („Milk”, „Last Days” czy chyba raczej przeoczony, acz fantastyczny „Słoń” zainspirowany tragedią z ’99 w Columbine) – to wciąż jest to kino czytelne dla każdego, bez jakichkolwiek patriotycznych odlotów. Nie inaczej jest z „Moim prywatnym Idaho”- choć w żaden sposób nie nawiązuje do rzeczywistych wydarzeń, to trudno nie łączyć go z dyskusją o homoseksualiźmie na nową rozpaloną w latach 80-tych przez plagę AIDS.
Zdecydowanie uproszczeniem byłoby jednak nazywać film Van Santa filmem LGBT, choć niewątpliwie miał fundamentalne znaczenie dla rozwoju tego nurtu w kinematografii. Bo jest tu właściwie wszystko – przyjaźń w trudnym uścisku z miłością, kino drogi, komediodramat, poszukiwanie sensu życia, a nawet szekspirowska tragedia. Dość powiedzieć, że Van Sant, także autor scenariusza, połączył w jedną całość kilka pomysłów na film, które trzymał w szufladzie. I jest to mix dość karkołomny, budzący podziw, ale czasem niestety aż przytłaczający, zwłaszcza w momentach kiedy postaci zaczynają gadać Szekspirem (dosłownie). I choć potrafię się wczuć w kinowe historie, które nawet nie miałyby szans mi się przytrafić (co zresztą powinno być raczej zadaniem reżysera, by taki efekt u widza osiągnąć), to nie będę kłamał, że jestem w jakikolwiek sposób w stanie zarezonować z tym, co spotyka Mike’a i Scotta. Ale też jestem w stanie wyobrazić sobie, że dla osób nieheteronormatywnych może być to jeden z najważniejszych filmów życia.
Bo jest tu czym się zachwycać. Mnie na przykład kompletnie rozkłada na kawałki klimat tego filmu. Dziś, nie bez powodu zresztą, wręcz nie wypada być wielbicielem USA. Ale nic na to nie poradzę, że moim niespełnionym marzeniem jest podróż po tej prawdziwej, małomiasteczkowej Ameryce. I tutaj to wszystko jest – Seattle, Portland, autostrady (a w bonusie także trochę Włoch). Choć ścieżka dźwiękowa jest dość uniwersalna, to aktorski udział Flei z RHCP legitymizuje ten film jako dzieło obowiązkowe dla każdego millenialsa wychowanego na grunge’u i alt rocku pierwszej połowy lat 90-tych. A za to, jak wiadomo, jest dodatkowe sto punktów. No i last but not least – główne role. Być może to dość od czapy porównanie, ale z Riverem Phoenixem jest trochę jak z Magikiem z Kalibra 44 – obie te historie zakończyły się zbyt wcześnie i coraz trudniej, zwłaszcza u młodszych pokoleń, jest o świadomość tego jaką stratę poniosły kinematografia i polski rap. Ale w wypadku tego pierwszego wystarczy obejrzeć „Idaho” – „wtapianie się w rolę” jest wyświechtanym frazesem, ale tu naprawdę pasuje. Na tyle, że oglądając starszego z Phoenixów w jakimkolwiek innym filmie mam dysonans poznawczy, bo wciąż żyję przekonaniem, że Phoenix w tym filmie zagrał po prostu siebie. Ba, jest on tu tak świetny, że wznosi na wyższy poziom także Keanu Reevesa – którego uwielbiam za osobowość i prezencję, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie, bym kiedykolwiek nazwał jakąś jego rolę mianem Oscarowej. I być może rola Scotta nie była tak wymagająca jak Mike’a, ale wciąż jest to świadectwo czasów, kiedy Reeves miał ambicje by na ekranie robić coś więcej niż po prostu być i ewentualnie rozdawać kopniaki.
Film, który absolutnie polecam. Nawet jeśli ja go nie pokochałem tak jak na to zasługuje.
najlepszy moment: nie było w zeszłym roku pożegnalnego wpisu o Udo Kierze, więc wspomnijmy go tutaj, bo też zagrał wspaniale
ocena: 8,25/10